Trwa fragmentacja prawicy, dawno nie było tak blisko rozłamu w PiS. Niebawem zamiast trzech, będą cztery podmioty. A jednocześnie sytuacja po stronie koalicji rządzącej też jest bardzo trudna. Można powiedzieć, że jesteśmy świadkami końca duopolu – mówi dr Andrzej Anusz, politolog, Instytut Piłsudskiego, komentator „Nowego Telegrafu Warszawskiego”.
Szykuje się kolejne przesilenie na polskiej scenie politycznej, tym razem po prawej stronie. Wszystko wskazuje na to, że drogi partii i byłego premiera Mateusza Morawieckiego rozejdą się na dobre. Jeszcze kilka tygodni temu wszystko wskazywało, że kryzys zażegnano. Co się stało?
Dr Andrzej Anusz: Prezes Jarosław Kaczyński dokładnie wybrał moment przesilenia. Sądzę, że z jednej strony uznał, że zaplanowana na 30 lipca impreza stowarzyszenia Mateusza Morawieckiego będzie pewnym pokazem siły. Więc uznał, że przesilenie musi nastąpić wcześniej. Z drugiej strony ewidentnie widać i pokazują to wszystkie sondaże, że pomysł z Przemysławem Czarnkiem jako kandydatem na premiera, jest porażką. Jarosław Kaczyński obawia się też, że gdyby nie doprowadził do tego przesilenia teraz, za kilka miesięcy pozycja byłego premiera byłaby silniejsza. Dlatego chce maksymalnie Morawieckiego osłabić i umocnić swoje przywództwo w PiS. Sytuacja jest rzeczywiście ciekawa. Myślę, że tak blisko potężnego rozłamu jeszcze nigdy nie było.
Ten rozłam jest inny niż poprzednie
Nie przesadzajmy: rozłamów w PiS-ie było kilka. Wyjście Marka Jurka i środowiska Prawicy Rzeczypospolitej, odejście Ludwika Dorna i Kazimierza Ujazdowskiego. Potem powołanie przez bardziej centrowych polityków partii Polska Jest Najważniejsza, następnie Solidarna Polska założona przez ziobrystów. Zawsze partia Jarosława Kaczyńskiego z tych podziałów wychodziła zwycięsko?
Różnica jest taka, że dziś oprócz Prawa i Sprawiedliwości są rosnące w siłę obie Konfederacje. Nie zanosi się na to, żeby któraś z nich spadła poniżej progu wyborczego. A więc nie ma sytuacji, gdy była jedna Zjednoczona Prawica, która dominuje. Jest fragmentacja i mamy trzy podmioty na prawicy. A po wypchnięciu z partii Mateusza Morawieckiego będą już cztery. A że po drugiej stronie koalicja rządząca ma ogromne problemy, a notowania rządu i Donalda Tuska są po prostu słabe, nie widać jakiegoś punktu odbicia. I można postawić tezę, że po latach następuje koniec duopolu w Polsce.
Partia Morawieckiego? Łatwo nie będzie
Na jakie poparcie tak naprawdę może liczyć nowa formacja Mateusza Morawieckiego i jego środowiska?
To zależy od bardzo wielu czynników. Realnie oceniam szansę ugrupowania byłego premiera na 6-8 proc. poparcia w wyborach. Nie ulega jednak wątpliwości, że przed Morawieckim ogromna praca. Z jednej strony budowanie struktur, na czym poległo wielu polityków. Z drugiej musi naprawdę pokazać nowe elementy programowe, narzucić nowe tematy. Na razie znamy jedynie ogólniki. Pytanie też, gdzie będzie szukać sojuszników.
Czy jest możliwe, że środowisko Mateusza Morawieckiego dogada się na przykład z Polskim Stronnictwem Ludowym?
Moim zdaniem jakiś kontakt jest, ale sojusz przed wyborami jest praktycznie niemożliwy. Ewentualna wspólna lista byłaby nieopłacalna dla obu ugrupowań. Ludowcy raczej będą szukać sojuszników wśród samorządowców, którym kończą się kadencje. A w przypadku inicjatywy byłego premiera będzie raczej poszukiwanie nowych środowisk, na przykład przedsiębiorców, odwoływanie się do ludzi, którzy byli w PiS-ie, ale z niego odeszli. Nie wiemy też, ilu posłów wyjdzie za Morawieckim. Bardzo mało prawdopodobne, że będzie to czterdzieści pięć osób, ale już powyżej dwudziestu, czy nawet trzydziestu, byłoby sukcesem byłego premiera. A wyjście grupy mogącej tworzyć klub jest o tyle realne, że część tych polityków będzie uważała, że i tak Jarosław Kaczyński tuż przed wyborami po prostu nie wpisze ich na listę. Więc partia byłego szefa rządu będzie dla nich jedyną szansą.
Tusk nie pójdzie na wcześniejsze wybory
Wspomniał Pan o bardzo poważnych problemach koalicji rządzącej, problemy mają wszystkie partie tworzące rząd. Jednocześnie mamy podział i coraz większe rozdrobnienie na prawicy. Czy możliwy jest scenariusz, w którym dotychczasowi główni gracze uznają, że aby zminimalizować straty, należy pójść na wcześniejsze wybory, nie jesienią, a wiosną przyszłego roku?
Scenariusz wcześniejszych wyborów byłby realny w przypadku nieuchwalenia ustawy budżetowej. I owszem, w teorii można uznać, że Donald Tusk zechciałby minimalizować straty, tyle że w przypadku koalicji rządzącej oznaczałoby to przyznanie się do wielkiej porażki. Także sądzę, że jeśli nie dojdzie do jakichś dramatycznych zwrotów, w przypadku strony rządowej będzie raczej zaciskanie zębów, próba dotrwania do końca kadencji. I śledzenie tego, co się wydarzy po przeciwnej stronie. Bo na podziale prawicy tracą wszystkie podmioty. Zyskuje strona rządowa, a po prawej stronie będzie jeden wygrany: prezydent Karol Nawrocki. Już przy trzech przekraczających w sondażach próg wyborczy formacjach prawicowych, pozycja głowy państwa wzrosła. Jak będą cztery, nawet jedna bardziej umiarkowana, to wszystkie te podmioty będą się w jakimś stopniu do Karola Nawrockiego odwoływać. Także myślę, że z punktu widzenia czysto politycznego, prezydent na tej sytuacji na pewno nie traci.






