4 lipca przypadła kolejna rocznica bitwy pod Kłuszynem. Po świetnym zwycięstwie nad wojskami moskiewskimi wojska Rzeczypospolitej miały otwartą drogę do Moskwy, którą niebawem zdobyły. Tymczasem, gdyby ktoś zapytał przeciętnego Polaka o datę 4 lipca, niemal każdy kojarzyłby ją z Dniem Niepodległości Stanów Zjednoczonych. Nieco lepiej jest z pamięcią o bitwie pod Grunwaldem (rocznica 15 lipca). Jednak to zwycięstwo, podobnie jak Bitwa Warszawska, jest nieco w cieniu upamiętniania kolejnych klęsk.
W polskiej przestrzeni medialnej czci się jedynie klęski, o sukcesach się zapomina. Nie znaczy to rzecz jasna, że mamy nie pamiętać o ofiarach zbrodni katyńskiej, wołyńskiej, czy rzezi Woli. Zapomnieć o Powstaniu Warszawskim. Chodzi jednak o to, by należne miejsce w naszej historii zajęły też zwycięstwa. A właśnie teraz, w sobotę, obchodziliśmy rocznicą bitwy pod Kłuszynem, z 4 lipca 1610 roku. Batalia ta otworzyła Polakom drogę do Moskwy. I w Rosji, rok 1612, w którym Polaków z Kremla wypędzono, jest dziś pamiętany. U nas o roku 1610 i o tym, że wojska Rzeczypospolitej zasiadały na Kremlu, pamiętają jedynie pasjonaci historii. Gdyby przeciętnego naszego rodaka spytać, z czym kojarzy mu się data 4 lipca, większość odparłaby, że z narodowym świętem Stanów Zjednoczonych. Tymczasem fakt – zwycięstwo pod Kłuszynem nie zostało w pełni wykorzystane. Polaków z Kremla Moskale wygnali, carem został Michał Romanow, dając początek złowrogiej z naszego punktu widzenia dynastii.
Grunwald też w cieniu klęsk
Faktem jest też jednak, że wojska hetmana Żółkiewskiego odniosły świetne zwycięstwo. A polski królewicz przez moment nosił tytuł cara. Nie chodzi zresztą tylko o rok 1610. Niebawem, bo już 15 lipca rocznica bitwy, o której akurat każdy słyszał. Pod Grunwaldem. Bitwa ta może nie całkiem złamała, ale mocno naruszyła potęgę Zakonu Krzyżackiego. Owszem, sama wojna nie była rozstrzygnięta (niektórzy krytykują Jagiełłę, inni uważają, że na zdobycie Malborka i odzyskanie Pomorza nie było szans – temat na inne rozważania). Jednak udało się osiągnąć główny cel – uratować kraj przed zagrażającym mocarstwem. A dzieło ojca dokończył jego syn, Kazimierz IV Jagiellończyk, który po wojnie trzynastoletniej przyłączył Pomorze do Korony. I tak, Grunwald jest pamiętany, ale czy fetowany? Są owszem okolicznościowe imprezy, może polecą „Krzyżacy” w tv. Pasjonaci organizują rekonstrukcje bitwy. Jednak w powszechnej świadomości Grunwald istnieje, ale jako coś bardzo dawnego, nie aż tak istotnego. Wreszcie Bitwa Warszawska. Niewątpliwy sukces i triumf. Raz, że jej upamiętnienie jest (choć powstało muzeum) nader skromne.
Zwycięstwo jest nieromantyczne?
Blisko dwie dekady temu jakiś publicysta oburzał się, że za dużo przy okazji rocznicy wojny z bolszewikami mówi się o kryptologach, którzy złamali sowieckie szyfry. Ich upamiętnienie miałoby być… mało romantyczne. I chyba o to w tym chodzi. Romantycznie jest wysadzić się w powietrze (choć na przykład Ordon wysadzenie reduty przeżył), niż złamać sowiecki szyfr. Pójść z szablą na czołg (choć w istocie takich szaleństw nie było – kawaleria walczyła spieszona, a szarże jak były, to skuteczne), niż złamać enigmę. Przegrać i zginąć, niż zwyciężyć, bo przecież ważna jest martyrologia. To podejście głupie, ale i szkodliwe. Pamiętać o klęskach trzeba. Ofiary zbrodni godnie upamiętniać. Jednak czcić, w sposób radosny, trzeba też zwycięstwa. A jednym z nich była bitwa pod Kłuszynem z 4 lipca 1610 roku, która otworzyła wojskom Rzeczypospolitej drogę do Moskwy. A kolejne wielkie święto 15 lipca – rocznica starcia z 1410 roku, z Krzyżakami pod Grunwaldem.






