Afera w Szpitalu Południowym, zwężanie ulic, korki, bezpieczeństwo. Także komunikacja i zieleń. To główne tematy debaty o mieście, która po ujawnieniu sprawy doktora Kacprzyka mocno przyśpieszyła. My przypominamy temat, którym zajmowaliśmy się jeszcze za pierwszej kadencji Hanny Gronkiewicz-Waltz. Chodzi o znaczenie drobnego handlu dla tkanki miejskiej.
W końcówce lipca rusza zbieranie podpisów pod wnioskiem o odwołanie prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego. Oberwał on mocno po aferze w Szpitalu Południowym, choć trzeba przyznać, że w przeciwieństwie do partyjnych kolegów i liderów akurat prezydent stolicy zareagował, wyciągnął konsekwencje. Afera wciąż mu zagraża, może wyjść z niej wzmocniony. Niezależnie jednak od tego, czy referendum będzie, jak się zakończy, czy Trzaskowski się osłabi, czy wzmocni, to jego ostatnia kadencja jako prezydenta stolicy. Jak z awantury wyjdzie zwycięsko, będzie jednym z liderów obozu liberalnego w całej Polsce. Jak przegra, „emerytem” w Parlamencie Europejskim lub podobnej instytucji. Prezydentem stolicy nie będzie, bo według prawa jego druga kadencja jest ostatnią. W związku z debatą o stolicy warto więc przypomnieć tematy, które dla przyszłych kandydatów na najważniejszy urząd w Warszawie powinny być istotne. Jednym z nich jest sprawa drobnych kupców.
Od lat po stronie kupców
Przypomnijmy, że w obronie stołecznych bazarków i targowisk występujemy od początków istnienia naszej gazety, a w zasadzie gazet, bo robiliśmy to jeszcze w czasie gdy ukazywał się inny tytuł – Telegraf24. Robimy to z trzech powodów. Po pierwsze – bazarki i osiedlowe sklepiki to przedsiębiorstwa, prowadzone przez drobnych przedsiębiorców, rodzinne firmy. Ludzi, którzy byli pionierami zmian rynkowych w Polsce, tworzących grupę, która obrywa od wszystkich. Lewicy, która wobec przedsiębiorców nastawiona jest delikatnie mówiąc z rezerwą. Większości PiS, które rozwój gospodarczy kojarzyło raczej z budową wielkich państwowych koncernów. Wreszcie dla środowisk określających się jako liberalne, bo drobni kupcy to nie zagraniczne korporacje, z zachodnim kapitałem. Dla części mediów, które lubią sobie z „bazarowych Januszów i Grażyn” zrobić bekę. Jest też drugi, chyba znacznie istotniejszy powód – bazarki stanowią bardzo ważny element miejskiej tożsamości. Współtworzą klimat miasta i poszczególnych dzielnic.
Decydują o miejskiej tkance
To od przetrwania takich miejsc zależy, jak miejska tkanka będzie wyglądać. Dobrze, gdy politycy różnych opcji bronią poszczególnych i konkretnych bazarków. Fatalnie, jeśli samorządy (o różnym zabarwieniu politycznym) często rzucają handlowi kule u nogi. W stolicy symbolem antybazarowej polityki były czasy Hanny Gronkiewicz-Waltz. Najbardziej znanym przykładem była rzecz jasna sprawa wyrzucenia kupców z Kupieckich Domów Towarowych w roku 2009. Teraz urzędnicy zdają się zauważać znaczenie takich miejsc, ale też w ostatnich latach kilka bazarów zniknęło z krajobrazu stolicy. Przykładem jest, chociażby bazar Gocław Pętla przy ulicy Bora-Komorowskiego, który zlikwidowano na początku dekady. Osobną kwestią były głośne pożary jak celowe podpalenie hal przy Marywilskiej w 2024 roku i pożary Bazaru Różyckiego w roku 2025. To oczywiście nie ma związku z samą polityką wobec rodzimego handlu, nie ulega jednak wątpliwości, że miejsca takie należy bezwzględnie chronić. Zdaje się, że polityka wobec handlu i rzemiosła schodzi w debatach o mieście troszkę na dalszy plan.
Pole dla lokalnego samorządu
Były przykłady pozytywne, jak wtedy, gdy w pandemii masowo klienci dzięki mediom społecznościowym organizowali zakupy w kultowym miejscu (cukiernia, piekarnia) i ratowali je. Są rozmaite inicjatywy, czasem romantyzujące bez sensu to, co dobre nie było (na przykład przedstawianie przestępczej działalności wokół bazarów jako niegroźnego folkloru). Problem polega na tym, że konieczna jest kompleksowa polityka promująca handel, rzemiosło, bazarki. Sprzedaż np. dobrej, ekologicznej żywności w bezpośrednim kontakcie z klientem. Rzecz w tym, że spora część tzw. liberalnej części sceny politycznej chciałaby upstrzyć kraj i miasto jedynie dyskontami i marketami. Spora część tzw. konserwatystów także. Z tą różnicą, że jedni chcą dyskontów prywatnych (a więc w zdecydowanej większości zagranicznych), a drudzy chcieliby ich w rękach państwowych. Ani z wolnym rynkiem, ani patriotyzmem, ani promocją drobnej, lokalnej przedsiębiorczości nie ma to wiele wspólnego. To ostatnie to pole dla lokalnego samorządu. I powinno wybrzmieć w miejskiej debacie.






