Polska jako kraj jest może „moralnym zwycięzcą”, ale realnym wygranym jest Żełenski, który zyskał we własnym kraju. Geopolitycznie zyskują Putin i Niemcy. A nad Wisłą bynajmniej nie prawica – mówi Przemysław Miśkiewicz, działacz opozycji antykomunistycznej w PRL, lider stowarzyszenia Pokolenie.
W relacjach polsko-ukraińskich dzieje się bardzo wiele. Pan z jednej strony od dawna wspierał Ukrainę, pomagał uchodźcom, ale z drugiej krytykował prezydenta Wołodymira Żełenskiego i nieprzyjazne gesty wobec naszego kraju. Jak ocenia Pan to, co dzieje się dzisiaj?
Przemysław Miśkiewicz: Mówiąc w największym skrócie, moim zdaniem Polska po raz kolejny została koncertowo ograna. Żełeński zbliżył się z Niemcami. Wszelkie pomysły na Międzymorze czy Trójmorze można dziś włożyć między bajki. Kwestia nadawania imion bohaterów UPA kolejnym obiektom na Ukrainie była tego elementem. Gdyby Polska nie zareagowała, pojawiałyby się następne prowokacje. Problem polega też na tym, że polityka wschodnia przez ostatnie kilkadziesiąt lat była prowadzona w duchu doktryny Jerzego Giedroycia, która niestety kompletnie się nie sprawdziła. Nie mamy dziś na Wschodzie ani jednego przyjaznego państwa. Litwa siedzi cicho, bo jest za mała, ale nie zrobiła w naszym kierunku żadnego ustępstwa. O Białorusi i Rosji nie trzeba wspominać. Teraz dochodzi do tego Ukraina, która nigdy nas szczególnie nie kochała, choć istniała ogromna szansa na historyczny przełom. Została ona jednak zmarnowana przez obie strony. Prezydent Ukrainy rozegrał tę partię tak, jak mu pasowało. Badania społeczne pokazują, że dawna sympatia Ukraińców do nas – gdy wskoczyliśmy w ich rankingach z dalekiego miejsca na pierwsze, przed Amerykanów i Niemców – została zaprzepaszczona. Widzę, co Ukraińcy piszą na moim Facebooku. Kiedyś, gdy ich chwaliliśmy, reagowali pozytywnie. Dziś ich komentarze są może nie wrogie, ale bardzo pouczające i protekcjonalne. Jednocześnie jednak krytykuję prezydenta Karola Nawrockiego za odebranie Żełenskiemu Orderu Orła Białego.
Poważne państwo tak nie postępuje
Dlaczego?
Ponieważ poważne państwo nie postępuje tak, że w 2023 roku wręcza najwyższe odznaczenie, a w 2026 je odbiera. Poważne państwo ma w grze politycznej zupełnie inne instrumenty. Można obniżyć rangę stosunków dyplomatycznych, odwołać ambasadora, a nawet wstrzymać na jakiś czas ruch na lotnisku w Jasionce. Tymczasem my uderzyliśmy w sferę symboliczną. Z symbolami jest najgorzej, bo one są zero-jedynkowo odbierane przez całe społeczeństwo. Odwołanie ambasadora dotarłoby tylko do garstki zainteresowanych, a odebranie orderu zjednoczyło wszystkie siły polityczne na Ukrainie wokół Zełenskiego. W efekcie polityk, który miał fatalne notowania we własnym kraju, nagle się wzmocnił. Jeżeli celem polskiej polityki było wzmocnienie prezydenta Ukrainy, to zadanie wykonano świetnie. Nie sądzę jednak, aby taki był plan. I choć jestem zdeklarowanym wyborcą PiS-u i uważam Karola Nawrockiego za dobrego prezydenta, uważam, że w tej sprawie popełnił on błąd. Trzeba o tym mówić głośno.
Nie brak głosów, że i w sferze symboli można było działać inaczej. Na przykład poprzez pośmiertne odznaczanie tych Ukraińców, którzy ratowali Polaków w trakcie rzezi wołyńskiej. To byłby głośny i wymowny sygnał…
Dyskusja na temat postawienia pomnika Sprawiedliwym Ukraińcom rozpoczęła się co najmniej w 2014 roku. Powstał nawet komitet, ale nic z tego nie wyszło. A przecież to powinien być priorytet. Nikt nie zarzuciłby Polakom, że robią coś złego, gdyby stawiali pomnik uczciwym Ukraińcom. Trudno byłoby to zanegować władzom w Kijowie, a jednocześnie przekaz byłby jasny: skoro byli tam ludzie uczciwi, którzy ratowali Polaków, to musieli być też tacy, którzy ich mordowali. To przepiękna i silna symbolika. Niestety, u nas się tego nie robi. Mamy pomnik Rzezi Wołyńskiej – estetycznie mi się nie podoba, ale to kwestia gustu, jako symbol jest niezwykle ważny. Jednak w skali państwa wydatek rzędu pół miliona złotych na piękny pomnik dla Ukraińców ratujących Polaków to żaden koszt. Nawet gdyby ogłosić zbiórkę publiczną, ludzie sami błyskawicznie zebraliby te pieniądze.
Ksiądz Isakowicz-Zaleski miał rację
Zmarły w 2024 roku ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski z jednej strony bardzo mocno zabiegał o upamiętnienie ofiar ukraińskich zbrodni, oceniał działanie polskich władz jako naiwne. Z drugiej sam pomagał uchodźcom, krytykował też papieża Franciszka za prorosyjskość, co w przypadku kapłana było pewną odwagą. To ksiądz Tadeusz przekonywał: „Mówmy o zbrodni wołyńskiej teraz, bo jeśli będziemy milczeć, to właśnie wtedy skorzysta na tym Putin”. Teraz te słowa wydają się bardziej aktualne niż wtedy?
Oczywiście, co do tego nie ma wątpliwości. Przypuszczam jednak, że akurat ksiądz Isakowicz-Zaleski byłby zwolennikiem odebrania Zełenskiemu Orderu Orła Białego.
Nie w tym rzecz, był przede wszystkim głosem rozsądku w tej debacie.
To prawda. Bardzo mocno polemizowałem z nim w latach 2014–2016, ponieważ uważałem, że nie było wtedy wyraźnych sygnałów wzrostu ukraińskiego nacjonalizmu. Wyniki wyborów parlamentarnych na Ukrainie w 2014 roku pokazały, że siły skrajne miały tam zaledwie około dwóch procent poparcia. Dzisiaj muszę posypać głowę popiołem i przyznać, że ksiądz Isakowicz-Zaleski był znacznie bliżej prawdy niż ja. Ta krwawiąca rana nigdy się nie zabliźni, jeśli sprawa Wołynia nie zostanie rozwiązana w sposób normalny i radykalny. Obecnie jesteśmy w sytuacji wyjątkowej – doszło do potężnego wzburzenia i żadna ze stron nie chce ustąpić, każda jest przekonana o swoich racjach. Po co Zełenski odesłał ten order pocztą? Agnieszka Romaszewska napisała, że to „kozacki gest” i najlepsza część tej historii. Dla mnie to nie był gest kozacki, tylko po prostu chamski. To zachowanie poniżej pewnych standardów. Niezależnie od tego, czy doniesienia dziennikarki Arlety Bojke o tym, że Zełenski „ma Polaków w nosie” są w stu procentach prawdziwe, ten gest wykonał na użytek ukraińskiej polityki wewnętrznej. Moim zdaniem odbyło się to w porozumieniu z Niemcami. Nasza reakcja z odebraniem orderu była jednak histeryczna. Nie tak powinno reagować poważne państwo. Teraz mamy tego efekty i nie bardzo wiadomo, jak z tego klinczu wyjść. Dochodzimy do kompletnego paradoksu. Na konferencję w sprawie Ukrainy do Gdańska prezydent Żełeński w ogóle nie przyjeżdża. A Karol Nawrocki zaproszenia nie dostał, ponieważ organizatorzy tłumaczyli to „inną formułą spotkania”. Mamy więc sytuację, w której ważne wydarzenie odbywa się tylko po to, żeby odhaczyć kolejny punkt w kalendarzu.
Zysk chwilowy i tylko pozorny
Zwolennicy decyzji prezydenta przekonują jednak, że Karol Nawrocki na tym wygrywa. Przynajmniej w kraju, gdzie znacząco zyskuje w sondażach, może być też patronem szerszej koalicji PiS i obu Konfederacji, które bynajmniej proukraińskie nie są?
To zysk chwilowy i pozorny. Choćby dlatego, że awantura wokół odesłania orderu przynajmniej na jakiś czas odwróciła uwagę ludzi od afery w Szpitalu Południowym, która bez wchodzenia w szczegóły jest poważniejsza niż „ośmiorniczki PO” sprzed ponad dekady. Tamte sprawy dotyczyły jedynie wystawnego życia i języka używanego na kolacjach przez polityków. Tu chodzi o ochronę zdrowia, która dotyczy wszystkich. A w kwestiach międzynarodowych Polska jako kraj jest może „moralnym zwycięzcą”, ale realnym wygranym jest Żełenski, który zyskał we własnym kraju. Geopolitycznie zyskują Putin i Niemcy. A nad Wisłą bynajmniej nie prawica. Moim zdaniem to scenariusz, który sprawdza się w stu pięćdziesięciu procentach. Idziemy drogą donikąd.
No dobrze, ale tu na razie widać wzrost poparcia dla prezydenta?
Tak jak decyzja Żełeńskiego była zrobiona pod publiczkę, tak samo decyzja Karola Nawrockiego o odebraniu orderu była zrobiona pod elektorat. A ja uważam, że polityk owszem musi słuchać elektoratu i wyciągać wnioski, ale jak elektorat jest w błędnym przekonaniu, to musi spróbować go z tego przekonania wyprowadzić, a na pewno w nim nie utwierdzać. Teraz mamy straszne głosy Janusza Kowalskiego i paru innych polityków i komentatorów, którzy żądają, aby odebrać Ukraińcom wszystkie uprawnienia i wyrzucić ich z Polski. Odnieść można wrażenie, że ktoś siedzi na gałęzi i ją sam podcina. Bo jeżeli w tej chwili faktycznie ci Ukraińcy by wyjechali, to możemy zapomnieć o naszych emeryturach, zrobią się ogromne dziury w wielu miejscach, w handlu, w hotelarstwie, w innych dziedzinach. Wszystko to są naczynia połączone. Takich rzeczy robić nie wolno. Oczywiście, że trzeba się upominać o pamięć, ale też umieć pewne rzeczy wypośrodkować, pamiętać o naszym interesie.
Politycy nie powinni tego nakręcać
Pan miał bezpośredni kontakt z Ukraińcami, którzy w pierwszych tygodniach po wybuchu wojny przyjeżdżali do Polski. Jak dziś wygląda stosunek tych ludzi do naszego kraju?
Bardzo różnie. My prowadziliśmy Dom Polsko-Ukraiński, pomagaliśmy głównie kobietom. W pewnym momencie nasze drogi się rozeszły. Większość tych dziewczyn jednak w Polsce została. Znam też wielu ukraińskich mężczyzn, ale przede wszystkim tych, którzy byli w Polsce już przed wojną. I oni nie zamierzają wracać. I trzeba sobie jasno powiedzieć, że jest tak też dlatego, że Ukraina to bardzo skorumpowane państwo. Tajemniczą poliszynela jest to, że w Kijowie płaci się za odroczenie wojska. Dziś to podobno 800 euro za każdy miesiąc. Czyli idzie się co miesiąc do urzędnika, daje pieniądze, a on nie powołuje do armii. Idą z kolei ci, co nie mają układów. To istny węzeł gordyjski. Natomiast pamiętać też należy, że Ukraińcy są dość specyficzni. Słowo „dziękuję” usłyszymy od nich rzadko. Jednak w roku 2022 padało z ich strony dość często, dziś o tej solidarności sprzed kilku lat możemy zapomnieć. I może tak musiało być, jednak nie musiało dojść do tak poważnej eskalacji, a już na pewno politycy nie powinni tej eskalacji podkręcać.



