Podczas konsystorza w Watykanie jednym z tematów poruszonych przez kardynałów był pomysł zmiany pojęcia wojny sprawiedliwej. I zdania katolików są podzielone. Niektórzy obawiają się nowego chrześcijańskiego pacyfizmu, wręcz naiwności, która ośmieli rozmaitych satrapów, osłabiając też decyzyjność krajów cywilizacji zachodniej. Inni twierdzą, że to właśnie nadzieja dla świata pogrążonego w coraz bardziej krwawych konfliktach zbrojnych. Jak jest naprawdę? Za wcześnie by to oceniać.
To oczywiście truizm, ale jak zwykle wszystko rozbija się o szczegóły. Na razie dowiadujemy się o zastąpieniu obowiązującej od lat starożytnych doktryny wojny sprawiedliwej prawem do proporcjonalnej obrony. Co to oznacza, na razie nie wiemy. Osobiście uważam, że nowa koncepcja może być zagrożeniem (połączona z naiwnym spojrzeniem papieża Franciszka), może też jednak być szansą. W wersji pierwszej byłoby to na przykład potępienie jakiejkolwiek interwencji poza granicami swojego państwa, co mogłoby stanowić wygodne wytłumaczenie dla sojuszników, którzy odmówią wsparcia dla zaatakowanego kraju. Szansą byłoby na przykład uznanie, że w razie ataku na dane państwo sojusznicy mają prawo, a nawet obowiązek przyjść napadniętemu z pomocą.
Co z obroną sojuszników
Grzechem byłoby za to napadnięcie na państwo, które nawet słusznie nam się nie podoba, ale bezpośrednio nam nie zagraża. W skrócie – obrona własnego kraju byłaby słuszna. Wypowiedzenie przez Francję i Wielką Brytanią wojny III Rzeszy po ataku na Polskę byłoby uzasadnione. A brak realnego wsparcia we wrześniu 1939 roku (poza wspomnianym wypowiedzeniem wojny) grzechem zaniechania. Słuszne byłoby wsparcie Ukrainy w wojnie z Rosją, ale już nie atak USA na Iran, działania Izraela, czy wojna w Iraku z 2004 roku. W razie ataku na państwo NATO obrona go byłaby obowiązkiem innych członków, ale już atak wyprzedzający nie. Takie postawienie sprawy może być dyskusyjne (bo na przykład atak prewencyjny czasem może wyglądać na słuszny), ale logiczne. Wprowadzenie jakiejś wersji ewangelicznego pacyfizmu byłoby szkodliwe i najbardziej służyłoby rozmaitym bandziorom współczesnego świata. Jak faktycznie będzie wyglądało nauczanie Kościoła w tej kwestii, zobaczymy za jakiś czas. A jeszcze później dowiemy się, jakie tej doktryny będą owoce.
Andrzej Maksymowicz



