Warszawa
19/07/2026, 15:45
Overcast
Zachmurzenie całkowite
26°C
Ciśnienie: 1012 mb
Wilgotność: 82%
Wiatr: 2.4 m/s NNE
Opad.: 20.3mm /100% / Deszcz
Prognoza
20/07/2026
Dzień
Deszcz
Umiarkowany deszcz
21°C
Wiatr: 6.6 m/s W
Opad.: 5.1mm / 100% / Deszcz
Prognoza
21/07/2026
Dzień
Deszcz ze śniegiem
Lekka mżawka
17°C
Wiatr: 6 m/s W
Opad.: 2.5mm / 84% / Deszcz
 
Subskrybuj
  • 6:31 min

Wspomnienie luksusu lat 70., który wcale wielkim luksusem nie był. Jednak słońce, plaża i hotel czasami z wyżywieniem, to było coś, czego u nas nie dało się wtedy uświadczyć. Jeszcze ceny, to, że było stać na Bułgarię nawet nauczyciela, nie mówiąc o robotniku, to już był czad – pisze w pierwszym artykule dla Magazynu NTW Przemysław Miśkiewicz.

„Maja strana, maja Błgarija”, utwór Emila Dimitrowa, którego w Polsce pamiętają chyba tylko najstarsi górale, od zawsze towarzyszył mi podczas wszystkich wyjazdów do Bułgarii. Nigdy nie był mi jakoś osobiście bliski, ale zawsze gdzieś go „uszczknąłem”. Jako dzieciak, przechodząc koło jakiejś knajpy z dancingiem, potem w liceum podczas pobytu w Warnie – Gałacie, usłyszany jako śpiewy chóralne, w ogródkach przydomowych podczas imprez Bułgarów. W nowszych czasach, z lekka wyśmiewany jak nasze piosenki Połomskiego i jak u nas, śpiewany przez tychże wyśmiewających, którzy dziwnie znali słowa całej piosenki. I taka jest właśnie ta Bułgaria. Wspomnienie luksusu lat 70., który wcale wielkim luksusem nie był. Jednak słońce, plaża i hotel czasami z wyżywieniem, to było coś, czego u nas nie dało się wtedy uświadczyć. A jeszcze ceny, to, że było stać na Bułgarię nawet nauczyciela, nie mówiąc o robotniku, to już był czad.

Najciekawsze były przygotowania

Najciekawsze były przygotowania. Praktycznie były dwie możliwości: pociąg i samochód. W tej drugiej z kolei dwie drogi: przez ZSSR i Rumunię lub Czechosłowację, Węgry i Rumunię. My samochodu nie mieliśmy, więc zostawał pociąg, ale pamiętam opowieści kolegów, którzy jeździli z rodzicami, małymi fiatami, naładowanymi w opór, na kilka tygodni, wioząc ze sobą towar na handel. Wszystko było dograne – co można sprzedać w ZSRR (ponieważ panował tam totalny dobrobyt, więc nie było praktycznie niczego i można było sprzedać wszystko i za to kupić złoto), Węgrzech czy w Rumunii. Z kolei w drodze powrotnej sprzedawało się coś kupionego w Bułgarii i na koniec przyjeżdżało się z kilkuset dolarami, które sprawiały, że cała podróż, z pobytem wychodziła na czysto i jeszcze coś zostawało. Jednak moje wspomnienie jest inne. Rozmowy o wyjeździe zaczynały się w połowie roku szkolnego. Pierwszą rzeczą było załatwienie wkładki paszportowej, potem zastąpionej przez pieczątkę w dowodzie osobistym z prawem wjazdu do krajów socjalistycznych.

Podróż niemal międzygalaktyczna

Bez wkładki ani rusz, nie było szans na wykupienie lewów, których oczywiście nie można było nabyć w kantorach, bo takowych nie było, tylko w biurach podróży, typu Orbis, po odstaniu kolejki. W tzw. międzyczasie można było nabyć bilety na pociąg (chyba trzeba było okazać się wkładką paszportową, ale szczerze powiedziawszy nie pamiętam). I wreszcie nadchodził dzień, a właściwie noc, kiedy pociąg „Polonia” docierał z Warszawy do Częstochowy i wsiadaliśmy do kuszetki. Człowiek miał poczucie, że ta podróż jest praktycznie międzygalaktyczna. Czechosłowację przesypialiśmy, ale Węgry z zupełnie niezrozumiałym językiem, Rumunia z nędzą, która nawet dla dzieciaków była zauważalna, robiły na nas ogromne wrażenie. I wreszcie po ponad czterdziestu godzinach Warna. Spóźnienie kilkugodzinne, wszyscy spoceni i bardzo szczęśliwi – jesteśmy. Po takiej podróży trzeba już było zostać kilka tygodni, ponad miesiąc. Ja trafiłem do Sozopola, który mnie zachwycał, nawet nie wiem, czy pięknem starego miasta, czy słońcem, arbuzami, pomidorami, winogronami i brzoskwiniami.

Kosmicznie niskie ceny, ale niewidziana w Polsce nędza

Ceny były kosmicznie niskie. 5 stotinek za kilo pomidorów, 10 – brzoskwiń, albo odwrotnie. Przeliczałem sobie ile mogliby rodzice kupić za swoje wypłaty i wychodziły tony. Cudowne zsiadłe mleko, które można było kroić nożem. Chleb to chliab, mleko-mliako. Szybko nauczyłem się dogadywać w prostych sprawach i sam chodziłem kupować brzoskwinie, pomidory i spożywkę. Dziewięciolatek z Polski, wśród Bułgarów – „dajtie mi pażałsta kilogram grozdy” – rosyjsko bułgarska mieszanka zrozumiała bez problemu. Jak się jednak wyszło kilkaset metrów dalej, pojawiał się obraz niewidzianej w Polsce nędzy. Prosiaki chodzące po izbie i scena, której chyba nie wymyśliłem, ale już nie mam pewności. Karmiąca matka, która dokarmiała prosiaka swoją własną piersią. I tłumy osiołków, które trzymane były głównie z powodu braku pieniędzy na konie. Zniknęły praktycznie całkowicie w XXI wieku.

Gdzie wiek XXI jeszcze nie dotarł

Gdzieś ta Bułgaria przewijała się w moim życiu, jeszcze za komuny, a potem w latach 90. i dalej. I jak patrzyłem na nią to się dziwiłem jak to możliwe, że u nas budują drogi i miasta zmieniają swój wygląd, a przy wjeździe do Sofii widziałem krowę, która pasła się w XXI wieku na rondzie. Długo też jednak nie znałem Bułgarii poza wybrzeżem. Dopiero kiedy związałem się z nią na dobre, zacząłem poznawać kraj, który co prawda jest na pierwszym miejscu, jeżeli chodzi o skalę korupcji, ale jest pięknem, którego trudno gdzie indziej doświadczyć. Problemem Bułgarii są drogi. Co prawda Sofia, Płowdiw, Warna, Burgas już jakoś są połączone, ale nadal jest to dalekie od ideału. Pociągi to kwestia XX wieku, XXI praktycznie jeszcze nie zawitał. Jeżeli jednak pokonamy te trudności, to zobaczymy historię, o której nie mamy pojęcia.

Widokowo kompletny obłęd

Rumuni chwalą się, że pochodzą od Daków (stąd słynny samochód Dacia), a Bułgarzy od Traków. I tych trackich pamiątek jest naprawdę pełno. Warna z pozostałościami rzymskimi, w tym zupełnie odlotowe ruiny rzymskich łaźni, do których wstęp kosztuje symboliczne pieniądze. Gdyby były w innych krajach, to dowiedzielibyśmy się o tym już przy wjeździe do miasta. Tutaj trafiłem na nie przypadkiem podczas pobytu. Płowdiw to prawdziwy cud, ze świetnie zachowanym amfiteatrem i dla równowagi meczetem z końca XIV wieku. Zresztą śladów tureckich jest tu mnóstwo, włącznie z malutkimi minarecikami po wioskach w górach. Widokowo to już zupełny obłęd, morze z górami robi niesamowitą robotę, a jedzenie, mieszanka turecko- bułgarska to już wyższa szkoła jazdy. Jako miłośnik flaków wspomnę tylko szkembe ciorba, flaki, które są podawane z mlekiem (sic!), marynowanym czosnkiem i bardzo pikantną papryką. Naprawdę przepyszne.

Euro nie pomogło

Euro Bułgarii nie pomogło, o ile ceny państwowe, czy samorządowe są takie same, o tyle knajpy, usługi, prywatne sklepy dźwignęły ceny czasami o 80 proc. Muszę jednak przyznać, że nadal jest taniej niż w wielu popularnych i bardziej medialnych miejscach wakacyjnych wyjazdów. U nas ceny rosną czasami niezauważalnie, a tu jak przyjeżdżamy rok do roku to widzimy zmianę. W ciągu dziewięciu lat, odkąd jeżdżę regularnie, to już różnica grubo ponad 100 proc. Piszę o tym tylko ku przestrodze dla zwolenników wprowadzenia euro w Polsce. Poza tym jednak Bułgaria jest nie tylko słoneczna. Jest przyjazna, ludzie przemili, a smaki i widoki porażająco piękne.

C.D.N.

Udostępnij na:

Zobacz także:

19

lip

Kluczowe są dla mnie nie poglądy czy przynależność polityczna, lecz jakość rozmówców. Chcę zapraszać ludzi, którzy naprawdę mają coś do powiedzenia. Nie zawsze muszą to…

19

lip

Wspomnienie luksusu lat 70., który wcale wielkim luksusem nie był. Jednak słońce, plaża i hotel czasami z wyżywieniem, to było coś, czego u nas nie…

05

lip

W Krakowie do odwołania prezydenta miasta konieczna była mniejsza frekwencja, niż będzie to w Warszawie. Tam był bardzo nośny temat, w postaci strefy czystego transportu.…