W Krakowie do odwołania prezydenta miasta konieczna była mniejsza frekwencja, niż będzie to w Warszawie. Tam był bardzo nośny temat, w postaci strefy czystego transportu. Wreszcie był lider, który sprawnie tę inicjatywę przeprowadził – mówi profesor Jarosław Flis, socjolog, Uniwersytet Jagielloński.
Czy afera wokół Szpitala Południowego może być impulsem do powtórki scenariusza z Krakowa, gdzie mieszkańcy odwołali prezydenta miasta?
Prof. Jarosław Flis: Istnieje kilka istotnych różnic. Po pierwsze, prezydent Warszawy został wybrany już w pierwszej turze, co daje mu silny mandat. W Krakowie były dwie tury.
Trzy różnice między sytuacją w stolicy i Krakowie
Jakie ma to znaczenie?
Przy wymaganej frekwencji w referendum liczy się procent tej z ostatniego głosowania. W drugich turach wyborów w dużych miastach frekwencja wyraźnie spada, zwłaszcza gdy wyborcy mają do wyboru dwóch słabych, wątpliwych kandydatów. To znacznie ułatwia sprawę organizatorom takich akcji. I w Krakowie już Rady Miasta odwołać się nie udało. W Warszawie próg frekwencyjny będzie wyższy, więc zarówno zebranie podpisów, jak i osiągnięcie wymaganej frekwencji będzie trudniejsze. Druga, kluczowa kwestia to powód. W Krakowie Strefa Czystego Transportu była czymś, co bezpośrednio i realnie uderzyło w codzienne życie wielu osób. To nie był spór symboliczny. Ludzie przyjeżdżający do miasta odczuli ogromną uciążliwość. Dotknęło to także ich znajomych, przyjaciół i rodzin mieszkających pod Krakowem. Władze błędnie założyły, że liczą się tylko głosy mieszkańców chcących czystego powietrza, a przyjezdni ich nie obchodzą. Tak to jednak nie działa. Przyjezdni pracują w mieście lub odwiedzają bliskich, którzy potem słuchają ich narzekań. Ta uciążliwość uderzyła rykoszetem w samych mieszkańców. Do tego w Krakowie była silna postać lidera – Łukasz Gibała, który to referendum po prostu sprawnie zorganizował.
Nie można mówić, że jest świetnie, ale sytuacja jest ciężka
Co do roli Łukasza Gibały i frekwencji to prawda, jednak z powodem akcji referendalnej można polemizować. Strefa czystego transportu w Warszawie również spotyka się z krytyką, tyle że jest wprowadzana wolniej. Z kolei problemy w szpitalach dotyczą nie tylko Warszawiaków, ale pacjentów z całej Polski. To przecież nie jest jedynie kwestia symboliczna?
Oczywiście, absolutnie tego nie lekceważę. Kolejki i problemy w służbie zdrowia to realne zjawiska, ale dla przeciętnego mieszkańca sprawa konkretnej placówki, jaką jest Szpital Południowy to wciąż temat znany z mediów, niż kwestia osobistego doświadczenia. Ilu mieszkańców stolicy realnie skorzysta ze Szpitala Południowego w ciągu najbliższych dwóch miesięcy? Niewielu. To zupełnie inna skala dotkliwości niż codzienna jazda samochodem po mieście, która dotyczy ogromnej części społeczeństwa. W Krakowie doszły do tego jeszcze podwyżki cen biletów i potężne zadłużenie miasta. Tamtejsza władza wpadła w pułapkę narracyjną. Nie da się jednocześnie mówić, że jest świetnie, i tłumaczyć mieszkańcom, że sytuacja budżetowa jest ciężka, aby usprawiedliwić podnoszenie podatków czy opłat. Władza musi się zdecydować na jedną opowieść, bo inaczej traci wiarygodność.
Kryzys ciągnie się od lat
Pozostaje jeszcze kwestia reakcji Rafała Trzaskowskiego oraz rządu na tę aferę. Kryzys w służbie zdrowia dotyczy przecież wszystkich Polaków. Nawet wśród krytyków Platformy Obywatelskiej pojawiają się głosy, że prezydent Warszawy zareagował szybko, były dymisje. Z kolei Donald Tusk tę reakcję nieco przespał. Czy paradoksalnie Trzaskowski nie wyjdzie z tego silniejszy niż premier i inni liderzy KO?
To zależy. Jeśli przez najbliższy rok okaże się, że Szpital Południowy był odosobniony przypadek, z którego wyciągnięto wnioski, to taka narracja się obroni. Jeśli jednak za rok o tej porze wypłynie identyczna sprawa we Wrocławiu, Poznaniu czy Gdańsku, Koalicja Obywatelska będzie miała poważny problem. Zresztą kłopoty w służbie zdrowia nie zaczęły się wczoraj, to kryzys systemowy ciągnący się od lat. Nie mam pojęcia, jak go rozwiązać, ale to pilna kwestia. Nie wiem też, czy PiS ma na to inny pomysł poza hasłem „wystarczy nie kraść”. Bądźmy szczerzy – ta sytuacja nie narodziła się nagle za obecnych rządów.



