Napięcia między Polską a Ukrainą nie są ani końcem współpracy między oboma krajami, ani tym bardziej idei Trójmorza. Są początkiem nowej epoki. Ukraina wzmocniona wojennym doświadczeniem zaczyna walczyć o pozycję w regionie. A jedynym polem, na którym Ukraina może taką rywalizację z Polską prowadzić, jest historia. Jednak głosy o całkowitym załamaniu relacji, czy tym bardziej końcu idei Trójmorza są mocno przesadzone – uważa doktor Andrzej Anusz, politolog, Instytut Piłsudskiego.
Możemy za to mówić o urealnieniu relacji. Ukraina ma dziś prawo zakładać, że udało się jej ocalić własną niepodległość. Oczywiście nie wiadomo jeszcze, jaka będzie cena za pokój, czy i jakie tereny odzyska. Nie powiódł się jednak pierwotny plan Kremla, opanowania całej Ukrainy. Kijów zaczyna więc myśleć o swojej roli w powojennej Europie. Chce wykorzystać swój potencjał militarny, by ustawić się jako państwo kluczowe dla bezpieczeństwa regionu. To naturalnie prowadzi do pewnej próby sił z Polską, która dotychczas była niekwestionowanym liderem Europy Środkowo‑Wschodniej.
Polityka historyczna jedynym realnym polem rywalizacji
Spór przeniósł się na pole polityki historycznej, bo to jedyny obszar, w którym Ukraina może testować granice. Gospodarczo i demograficznie Polska jest dziś silniejsza. Ukraina ma przewagę militarną, ale nie może jej przecież użyć wobec Polski. Dlatego konflikt ujawnia się na jedynym polu, na którym jest możliwy, czyli w narracji historycznej. Wołodymir Zełenski pochodzi ze wschodu Ukrainy, gdzie świadomość historii UPA była minimalna. Jego pozycja osłabła, a wojna wymusiła konsolidację społeczeństwa. Narracja historyczna stała się narzędziem budowania poparcia na zachodzie kraju.
Temat rezonuje w Europie, Moskwa wykorzystuje sytuację
Problem w tym, że ukraiński prezydent nie przewidział skali reakcji Polski i Europy. A reakcja ram choćby w niemieckiej prasie, gdzie pojawiły się głosy krytykujące postawę Ukrainy wobec Polski, była zdecydowana. To zaskoczyło Kijów. Ukraińscy politycy zrozumieli, że koszt eskalacji konfliktu może być wysoki, zwłaszcza w kontekście integracji z Unią Europejską. Stąd pierwsze gesty tonowania, jak wypowiedź szefa ukraińskiego IPN, który przyznał, że „to Ukraińcy popełnili zbrodnię na Wołyniu”.
Moskiewskie zagrożenie nie zniknęło
Oczywiście spór wykorzystuje też Moskwa. W rosyjskich mediach pojawiły się całe programy o Wołyniu. Kreml próbuje podsycać konflikt, bo osłabienie relacji polsko‑ukraińskich leży w jego interesie. I obie strony muszą mieć świadomość, że zagrożenie, także po wojnie nie zniknie. Niewątpliwie mają je politycy krajów takich jak Litwa, Łotwa, Estonia, które czują najmocniej oddech Moskwy na plecach.
Nowy, wymagający etap współpracy
Reasumując: Najważniejsza jest zmiana paradygmatu. Ukraina staje się graczem, nie tylko beneficjentem polskiego wsparcia. Polska musi dostosować swoją politykę do partnera, który ma własne ambicje regionalne. Jednocześnie Rosja nie przestaje być zagrożeniem i nie zrezygnuje z aktywności w regionie, oba kraje muszą mieć tego świadomość. To nie jest koniec współpracy, ale jej nowy, znacznie bardziej wymagający etap.
Doktor Andrzej Anusz, politolog, Instytut Piłsudskiego




