Chrześcijańsko-demokratyczny polityk, któremu niestraszne były poważne afery. Zasłynął jako prawicowiec, który żyjąc z mężczyzną, adoptował dziecko. Problem w tym, że okazało się, że homoseksualna para malucha kupiła od surogatki. To złamanie prawa, które wywołało w Niemczech ostrą dyskusję ponad wszelkimi podziałami – od skrajnej lewicy, po AFD. Jens Spahn nie jest już przewodniczącym klubu parlamentarnego chadeków.
Sprawę opisał serwis Berliński Tygiel. Jak czytamy w artykule, w 2018 r. jeszcze przed przyjęciem teki ministra zdrowia w czwartym rządzie Angeli Merkel, Jens Spahn naraził się pobierającym zasiłek Hartz IV twierdzeniem, że świadczenie to pełni wystarcza do przeżycia. Pod petycją wzywającą polityka, by sam przez miesiąc spróbował utrzymać się z zasiłku, podpisało się wtedy ponad 200 tys. osób. Spahn odmówił. W 2020 roku jako minister zdrowia w czasie pandemii koronawirusa przestrzegał w porannym programie ZDF przed spotkaniami w większym gronie, by kilka godzin później spotkać się na prywatnym obiedzie z kilkunastoma darczyńcami CDU – pisze Berliński Tygiel.
A później była jeszcze afera maseczkowa ze zmarnotrawionymi kilkoma miliardami euro, ponieważ cena towaru okazała się kilkukrotnie zawyżona, a maseczki nie spełniały wymaganych norm. O zakupie willi za 4 miliony euro, finansowanej w karkołomny sposób, nie wspominając. Żadna z tych sytuacji nie kosztowała Jensa Spahna utraty stanowiska – pisze Berliński Tygiel. Z każdej wychodził obronną ręką. Co więc zgubiło polityka, który przez ostatnie kilkanaście lat uchodził za nieprzemakalnego hardlinera, który zawsze spada na cztery łapy? Jedni powiedzą wprost, że „dziecko”, inni – że „arogancja i hipokryzja”, jeszcze inni zauważą, że nie doszacował wybuchowego potencjału decyzji, którą podjął ponad prawem. Prawem, do którego ustanowienia sam dokładał kamyczek po kamyczku. Od soboty, 18 lipca Jens Spahn nie jest już przewodniczącym klubu parlamentarnego chadeków. Kierownictwo partii ma ogłosić nazwisko jego następcy do 29 lipca. Na razie Spahn wizerunkowo stracił chyba wszystko, co mógł – podsumowuje Berliński Tygiel.






