Idealnie, jak zieleń stanowi uzupełnienie zabytkowej przestrzeni ulicy, miasta, dzielnicy. Gorzej, gdy jej umieszczenie nie ma żadnego sensu, służy jedynie zasłonięciu bezcennej, zabytkowej architektury. A tak w Warszawie w wielu miejscach niestety się dzieje – mówi Janusz Sujecki, varsavianista, stowarzyszenie Obrońcy Zabytków Warszawy.
Trwa ostra debata o przestrzeni miejskiej. Remonty ulic i ich zwężanie budzą ogromne kontrowersje wśród kierowców, choć władze tłumaczą to bezpieczeństwem. A jak ocenia Pan te zmiany od strony estetyki miejskiej?
Janusz Sujecki: Najpiękniejsze fragmenty Warszawy i jej historyczne układy urbanistyczne stają się po prostu nieczytelne. Ten proces trwa od lat i można go nazwać urządzaniem miasta zupełnie na nowo, wbrew jego tożsamości. Chodzi o ukrywanie zabytków i zacieranie unikalnego charakteru konkretnych miejsc. Doszło do tego, że człowiek idący ulicą zaczyna się zastanawiać, czy spaceruje po lesie, czy po Warszawie, bo zza posadzonych szpalerów drzew i zielonych kurtyn nic już nie widać. Dochodzi do legalizowania niszczenia zabytków pod pretekstem tworzenia tzw. parków linearnych, które całkowicie rozbijają strukturę miejską. Mam wrażenie, że cel jest taki, aby pokolenie starsze i średnie nie było w stanie odnaleźć się we własnym mieście. Z kolei młode pokolenie ma być wychowywane „w lesie” – w całkowitym odcięciu od architektury historycznej i jej piękna. Zamiast przemyślanej urbanistyki tworzy się chaos, bo zamyka się osie widokowe. To jest niszczenie miasta na wielką skalę.
No dobrze, ale na przykład rewitalizację Stalowej nawet Pan oceniał pozytywnie?
Tak, bo tam posadzono drzewa w formie, jakiej rosły tam przed wojną. Przykładem pozytywnym jest też, chociażby Plac Bankowy, gdzie zlikwidowano wielkie, szpetne klepiska parkingowe i wprowadzono zieleń. Co istotne – jest to zieleń niska, zakomponowana tak, że wciąż dominuje tam wspaniały zespół architektury Corazziego. Drzewa niczego nie zasłaniają, pojawiły się ławki, przestrzeń jest bardzo ładnie rozplanowana i niewątpliwie okolica zyskała na tej zmianie. Drugim dobrym przykładem jest ulica Mazowiecka. Drzewa posadzono tam w dużych odstępach. Mają one charakterystyczne, strzeliste korony przypominające płomień świecy. Dzięki temu nie zasłaniają elewacji, stanowiąc jednocześnie bardzo sympatyczny, zielony akcent.
Gdzie w takim razie jest problem?
Tam, gdzie nasadzenia mają przykryć zabytkową przestrzeń danego miejsca. Niedaleko Stalowej jest ulica Środkowa, gdzie kilka lat temu usiłowano stworzyć zupełnie niepasujący tam woonerf. Rewitalizacja wspomnianej ulicy Chmielnej to po prostu mordowanie zabytku. To samo dotyczy planów zniszczenia ulicy Kruczej poprzez wciśnięcie tam parku linearnego, co w środku miasta nie ma żadnej tradycji. Przypominam, że ten układ urbanistyczny jest wpisany do rejestru zabytków. Miasto dokonało jednak brutalnego fortelu, aby obejść prawo. Żeby uniknąć wiążącej decyzji konserwatora zabytków, urzędnicy odwołali się do tzw. specustawy drogowej, czyli przepisów stworzonych do budowy dróg ekspresowych i autostrad! Wykorzystanie tej specustawy pozwoliło im całkowicie ominąć urząd konserwatora w centrum miasta. Te przepisy nigdy nie powinny zostać zastosowane do modernizacji zabytkowej arterii w sercu stolicy. Dlatego w tej chwili przygotowujemy analizy prawne pod kątem przekroczenia uprawnień przez urzędników.
W Warszawie brakuje jednak zieleni. Oczywiście zasłanianie zabytków budzi kontrowersje, ale chyba fakt, że będzie więcej zielonych miejsc, drzew, jest faktem pozytywnym?
Po pierwsze, w Warszawie nigdy nie brakowało zieleni pod względem powierzchni. Tereny zielone już przed laty zajmowały aż 42 proc. A w tej chwili stolica zaczyna przypominać „Nadleśnictwo Warszawa”, a nie miasto. Momentami tej zieleni było wręcz za dużo. Zaczęła ona zastępować pierzeje uliczne i miejsca, gdzie w warunkach intensywnej zabudowy powinna funkcjonować klasyczna, tętniąca życiem przestrzeń miejska. Jako miłośnik miasta nie postuluję przecież budowania kamienic wzdłuż linii leśnych. Myślę, że kluczem jest wzajemne poszanowanie różnych przestrzeni. W mieście oczekuję miasta i architektury, a kiedy wyjeżdżam do lasu, chcę obcować z naturą, a nie chodzić między kamienicami.
Zgoda, ale bywają miejsca, gdzie betonoza doprowadza do szału – choćby w rejonie Pasażu Wiecha.
Jeśli chodzi o miejsca skrajnie zabetonowane, to zieleń oczywiście dodałaby im urody. Tyle że w koszmarnej przestrzeni Pasażu Wiecha – nazwanego tak chyba za karę dla samego autora – zieleni jak nie było, tak nie ma. Pojawia się jedynie w okolicach ulicy Chmielnej w formie, która zupełnie tam nie pasuje. Również na blokowiskach tej zieleni brakuje, a w niektórych miejscach dobrze by było, żeby zieleń zasłoniła naprawdę szpetną (zazwyczaj) architekturę. Idealnie, jak zieleń stanowi uzupełnienie zabytkowej przestrzeni ulicy, miasta, dzielnicy. Gorzej, gdy jej umieszczenie nie ma żadnego sensu, służy jedynie zasłonięciu bezcennej, zabytkowej architektury. A tak w Warszawie w wielu miejscach niestety się dzieje.






