Przeszło dekadę temu Jakub Wawrzyniak, ówczesny obrońca reprezentacji Polski w piłce nożnej stwierdził w którymś z wywiadów, że w kadrze zastępuje piłkarza, który nie istnieje. Analogicznie ja jestem sympatykiem partii, której w Polsce nie ma. Jest mi daleko do PiS-u i antypisu. Nie jestem też symetrystą, bo prawda czasami leży pośrodku, znacznie częściej znajduje się jednak gdzie indziej. Już dawno określiłem się więc jako „konserwatysta bez przydziału”. Na nowym etapie „Nowego Telegrafu Warszawskiego” pora się przedstawić.
Dziś nawet przy malutkim tekście złożonym z cytatów z innych mediów, pojawia się zdjęcie autora i życiorys dłuższy od tekstu, który przepisał. Jednocześnie swobody dziennikarskiej jest jakby troszkę mniej. W nowej odsłonie „Nowego Telegrafu Warszawskiego” chcemy trend ten odwrócić. Zaczynam od… pisania o sobie. Parafrazując klasyka, „piszę, ale się nie cieszę”. A na poważnie, współpracownicy przekonywali mnie, bym na początku nowego etapu strony i tygodnika „Nowy Telegraf Warszawski” napisał coś „od siebie” i „o sobie”. Przyznaję, że prośbę przyjąłem z mieszanymi uczuciami.
Więcej lansu, mniej swobody
Z jednej strony faktycznie – gdy coś się kończy, a coś zaczyna, wchodzimy w nowy etap, wypada o tym poinformować. Jednak z drugiej strony we współczesnych mediach strasznie wkurza mnie wszechobecny lans i zbyt wiele „ja”. Niezależność medialna się kurczy, czytelnicy i autorzy zamykają się w bańkach. Cenzury państwowej nie ma, ale zastąpiła ją cenzura wewnętrzna, redakcyjna. Nie chodzi o linię, tę ma każda redakcja. Wytyczać powinna ją jednak publicystyka. Problemem jest zamienianie mediów o profilu czy to konserwatywnym, czy liberalnym, w propagandowe tuby. Faktem jest, że im mniej swobody ma dziennikarz, tym bardziej panuje moda na promowanie jego wizerunku (czasem wbrew dziennikarza woli). Ot, w jakimś portalu mała wzmianka, że złamała się gałąź. Lokalnie – temat wart opisania. Autor, dajmy na to „Jan Kowalski” przygotowując materiał przeczytał doniesienia agencyjne, notki z innych portali. Opisał, zacytował, podał źródło. Miał do tego prawo, a jeśli bazował na cudzych materiałach, obowiązek.
Biografie w kosmos wyrąbane
W serwisach internetowych agregi, czyli teksty będące omówieniami i cytatami z innych mediów są istotnym elementem. Ważne, by podawać źródło. Jednak wg klasycznych zasad tekst byłby podpisany inicjałem i właśnie źródłem, np. JK (źródło: policja, Gazeta Nowoczesna) etc. Dziś dziennikarze owszem źródło na dole podają, ale przy tekstach coraz częściej widzimy nie tylko ich pełne imię i nazwisko, ale i facjatę oraz wyrąbaną w kosmos notę biograficzną. Czytelnik dostaje więc informację na trzy zdania, że jak donosi lokalna gazeta pies pani Wiesi z budynku obok zabrał kiełbasę z domu pani Władzi. I nie mniej doniosłą informację, że owe trzy zdania zacytował z innej gazety pan Jan Kowalski, którego pasją jest sport, studiował polonistykę na UW i kolekcjonuje znaczki. Żeby było jasne – podpisywanie i lansowanie autora pod małą notką najczęściej nie jest winą dziennikarza, lecz procedur, jakie od jakichś czasów stosują niektórzy wydawcy.
Redakcyjne trendy
Innym trendem są coraz częstsze tytuły typu: „Jechałam pociągiem do Białegostoku, spotkałam konduktora”. „Byłem w sklepie na Grochowie, załadowałem koszyk”. „Zjadłem pączka w cukierni na Woli. Lukier był słodki”. Wypada czekać, aż ktoś relacjonując wizytę w szalecie opisze ze szczegółami, co tam robił. A na poważnie, tu mamy do czynienia z materiałami już jak najbardziej autorskimi. Widzimy jednak mocne stawianie na „ja” autora. Trend, jak trend, z czego wynika (indywidualizacja, media społecznościowe?) to temat na inne rozważania. Nie oceniamy, jednak w naszych mediach nie stosujemy. Autorzy będą podpisywać materiały publicystyczne, reportaże i śledcze. Do notki wystarczy inicjał, lub samo źródło. O szczegółowych zasadach publikacji naszych tekstów napiszemy następnym razem. Jednak do rzeczy. Choć stawianie dziennikarskiego „ja” tak mocno na pierwszym miejscu bardzo mi się nie podoba, faktycznie „Nowy Telegraf Warszawski” wchodzi w zupełnie nowy etap. Dlatego przedstawić po prostu się wypada.
Kim jestem
Gdy kilkanaście lat temu pisałem słowo wstępne do jednego z wydań Telegrafu wyznałem „straszną prawdę”. JESTEM SŁOIKIEM. Urodziłem się bowiem i przez ponad 20 lat mieszkałem w Kielcach. Jednocześnie co to za słoik, którego tata do Kielc wyjechał z Warszawy tuż przed jego urodzeniem, a wcześniej przez kilka dekad mieszkał w stolicy, na Grochowie, Powiślu, Muranowie. Chodził regularnie na mecze Legii, w tym tej wielkiej, z Lucjanem Brychczym, potem Kazimierzem Deyną i Robertem Gadochą. Co to za słoik, który wżenił się w praską rodzinę, od lat mieszka na Grochowie, wydaje tu lokalne media. Od dziecka sympatyzuje z warszawską Legią, a składy z sezonu 1990/91 i Ligi Mistrzów 1995/96 zna na pamięć. Jednocześnie sentyment do regionu świętokrzyskiego i tamtejszych niewysokich (a dzięki temu w miarę bezpiecznych) gór pozostał. Czuję się warszawiakiem, kocham Grochów i Pragę, mam jednak sentyment do regionu, w którym się urodziłem.
Konserwatysta bez przydziału
W mediach działam ponad dwadzieścia lat. Pracowałem w redakcjach niepodległościowych, konserwatywnych. Potem przez lata w dziale Opinii „Super Expressu”, jednego z najpoczytniejszych tytułów w Polsce. W latach 2021 -24 byłem w Salonie 24. Jestem konserwatystą i tradycjonalistą, w Polsce nie ma jednak żadnego ugrupowania, z którym bym się identyfikował. Były reprezentant Polski w piłce nożnej, Jakub Wawrzyniak twierdził, że w reprezentacji Polski zastępuje piłkarza, który nie istnieje. Ja jestem sympatykiem partii, której nie ma. Podchodzę z dystansem do PiS-u i antypisu, jednocześnie nie jestem symetrystą – bo prawda pośrodku czasami leży, znacznie częściej nie. W notce dla działu Opinie „Super Expressu” określiłem się jako „Konserwatysta bez przydziału”. A więc mam określone poglądy, ale dystansuję się od polityki. A że podobne podejście ma zdecydowana większość osób tworzących „Nowy Telegraf Warszawski”, dystans do partyjnego sporu i wychodzenie poza medialne bańki jest linią programową nie tylko moją, ale też redakcji. To już temat innego tekstu.
Przemysław Harczuk

Przemysław Harczuk, 44 lata, dziennikarz i publicysta. Redaktor naczelny i wydawca „Nowego Telegrafu Warszawskiego. W mediach od 20 lat. Publikował na temat polityki lokalnej, krajowej i międzynarodowej. Zajmował się publicystyką, reportażem, dziennikarstwem historycznym, społecznym i śledczym. Współpracował z mediami lokalnymi i ogólnopolskimi, pracował m.in. w dziale Opinie „Super Expressu” oraz w Salonie 24. Przez lata wydawca lokalnej gazety na Grochowie w Warszawie, przed laty także w województwie świętokrzyskim. Dystansuje się od partii politycznych. Określa się jako konserwatysta bez politycznego przydziału.




