Od kilku lat w Warszawie lansowana jest moda na picie kranówki. Woda płynąca z naszych rur ma być czyściuteńka, doskonale przefiltrowana, dodatkowo zmineralizowana i wcale nie gorsza od tej butelkowanej. A na sto procent od tej ze sklepu tańsza. I przyznam się, że miałem z tymi deklaracjami urzędników i niektórych zachwyconych warszawską kranówką pewien problem. Nie miał on podłoża politycznego (fani wody z kranu mają poglądy rozmaite) ale praktyczne. Choć wierzę w profesjonalizm warszawskich filtrów, jestem przekonany, że woda w wodociągach jest wysokiej jakości, to jednak liczy się efekt finalny. A ten nie jest już zależny od naszych wodociągowców, miejskich, czy państwowych urzędników. Zależy on od stanu rury, która bezpośrednio dostarcza wodę do naszego mieszkania. I jeśli nawet płynie ciecz krystalicznej czystości, a rura jest brudna i niewymieniana od lat, to do szklanki nalejemy wodę przybrudzoną. W ostatnim czasie przekonali się o tym nasi czytelnicy na Grochowie. Sprawa jest więc prosta – jeśli chcemy korzystać z kranówki, musimy zadbać albo o sprawdzenie, jak nasza spółdzielnia/wspólnota dbają o naszą hydraulikę, albo sami zaopatrzyć się w filtr. Sprawa jest jednak szersza i dotyczy nie tylko H2O. Miejscy rozmaici społecznicy mówią na przykład, że transport publiczny jest całkowicie w pandemii bezpieczny i to z niego korzystać powinniśmy, bo w tramwaju i autobusie zarazić się nie można. „Zbiorkom jest ok.” – mówią. I jak wynika z badań Instytutu Kocha w Berlinie, to jest prawda. A raczej byłaby prawda, pod warunkiem, że z tramwajów i autobusów korzystaliby ludzie w maskach. Ale z tym akurat w stolicy Polski bywa różnie. Inni znów mówią, że miasto trzeba przekształcić na całkowicie przyjazne pieszym. A żeby to uczynić, trzeba pozwężać ulice, zamknąć centrum dla samochodów. Wtedy szczęśliwi mieszkańcy przesiądą się do komunikacji miejskiej. I znów, prawda, ale nie do końca. Bo aby się wszyscy z radością przesiedli do komunikacji, to musi ona działać. Być na poziomie takim, jak w miastach zachodniej Europy, na które zwolennicy ograniczania ruchu się powołują. Tu do ideału trochę nam brakuje. O ile komunikacja na poziomie podmiejskim jest w miarę ok., między dzielnicami bywa różnie, to czasem najgorzej wygląda to w obrębie jednej dzielnicy, gdzie przejazd z jednej części Grochowa dajmy na to na Gocław bywa bardzo trudny. Osoba zdrowa może mieć to gdzieś, bo po prostu wyjdzie wcześniej i dla zdrowia zrobi dłuższy spacer, ale ktoś niepełnosprawny, czy z chorobami układu ruchu (sam z taką chorobą niestety się zmagam) ma już spory problem. A jak miasto przyjazne jest dla niepełnosprawnych widzimy najlepiej na moście Poniatowskiego, gdzie budowa raptem kilku wind ślimaczy się od lat. Może więc najwyższy czas, by w myśleniu o mieście zaczęto myśleć nie wybiórczo, ale kompleksowo. Tego wymagajmy od urzędników.
Przemysław Harczuk



