To, co stało się podczas rozmów o pokoju na Ukrainie, wg jednych jest już dokonanym końcem Ukrainy. Inni chrzanią coś o geniuszu Donalda Trumpa, który rzekomo już przywrócił pokój. Tak naprawdę do pokoju, a nawet zawieszenia broni jest jeszcze bardzo, ale to bardzo daleko. Jedno co jest faktem, to skandal, że podczas rozmów zabrakło Polski. Tu powodów do pesymizmu jest jeszcze więcej. Jednak pogłoski o drugiej Jałcie są (przynajmniej na razie) przesadzone.
W kwestii samego szczytu jak pisaliśmy niedawno, żądania Rosji są absurdalne i nie do przyjęcia. A stanowisko Moskwy na razie jest na tyle sztywne, że nie przyjmie realnych i sensownych żądań drugiej strony. Oczywiście w ciągu kilku tygodni wszystko może się zmienić o 180 stopni. Na razie sytuacja jest jednak patowa. Z polskiego punktu widzenia niepokoi przynajmniej kilka rzeczy. Choć w jednej sprawie alarmistyczne tony są przesadzone.
Do nowej Jałty jeszcze daleko
Nie jest bowiem do końca prawdą, że zostaliśmy w jakimkolwiek stopniu zdradzeni, czy sprzedani. Nie. Na razie w sprawie, która nas dotyczy i może mieć ogromny wpływ na nasze bezpieczeństwo w przyszłości, znaleźliśmy się poza głównym stołem rozmów. To sytuacja fatalna, ale z Jałtą nie można jej porównywać. Konferencja Stalina, Roosevelta i Churchilla odbierała nam de facto niepodległość, na kilkadziesiąt lat umieszczała w sowieckiej strefie wpływów. Rozmowy, na których dziś nas zabrakło, to w najgorszym razie wygrana Rosji kosztem Ukrainy. Dla nas to dramat, ale niepodległości nam (jeszcze) nie odbierze. Jest jeszcze jedna różnica – kilkadziesiąt lat temu zostaliśmy z rozmów wykluczeni. Teraz jest pod pewnym względem lepiej, bo nie zostaliśmy zdradzeni. Pod innym gorzej – bo z udziału w rozmowach wykluczyliśmy się sami. Sami, bo okazuje się, że polska klasa polityczna, choć deklaruje współpracę w najważniejszych dla racji stanu sprawach, w imię racji tej nie jest w stanie postępować.
Zmiana stosunku do Ukraińców?
Widoczny jest też – po wszystkich stronach sporu politycznego – pewien trend uderzania w Ukrainę i Ukraińców. Ma on kilka powodów. Obiektywne, które można zrozumieć, to zmęczenie, także polskiego społeczeństwa wojną, latami ciągłego napięcia. Drugim powodem jest zachowanie części obcokrajowców. Przypomnijmy sobie ludzi z naszych osiedli, którzy wyjechali z Polski dwie dekady temu. Zazwyczaj wyjeżdżali najlepsi – idący na studia, do pracy zawodowej, jak i ci z marginesu, którzy na przykład zwiewali z kraju przed czekającymi ich wyrokami. W przypadku Ukraińców mamy dodatkowy problem – ludzi unikających służby wojskowej, co jest dużym problemem według samego ukraińskiego rządu. Wśród mieszkających w Polsce Ukraińców mamy (i na pewno stanowią oni większość) ludzi zacnych, ciężko pracujących, będących dobrodziejstwem dla naszego rynku pracy. Mamy też jednak przypadki przestępców, którzy dokonują czynów niegodnych. Nie usprawiedliwia to jednak odpowiedzialności zbiorowej i nienawiści do samych Ukraińców, którą w sieci podkręcają niektóre środowiska. Jest wreszcie polityka samej Ukrainy.
Warto o tym pamiętać
Wciąż cieniem na relacjach kładą się sprawy zbrodni wołyńskiej, był konflikt o zboże, było kilka razy kiepskie, delikatnie mówiąc zachowanie ukraińskich władz. Choć w wielu kluczowych kwestiach interesy mamy zbieżne, są sprawy, w których są one różne. Trzeba o tym pamiętać, co nie zmienia kluczowej kwestii. Jeśli Ukraina przegra, będziemy graniczyć z rosyjską strefą wpływów na kolejnym odcinku granicy wschodniej. Co więcej – tak, jak Białoruś ma Łukaszenkę, a w Czeczenii, przed laty walczącej z Rosją Moskwa umieściła swoich namiestników, nie inaczej może być na Ukrainie. I obawiać się możemy, że sfrustrowani, zmęczeni wojną Ukraińcy, swoją złość skierują na nas. Co Rosji będzie jedynie na rękę. Wyznaczenie przez Putina kijowskiego Kadyrowa, w razie wygranej Rosji będzie realne. Co więcej, obawy przed faktyczną restauracją banderyzmu realne staną się wtedy, gdy Ukraina przegra, a nie wtedy, gdy będzie zwycięska. Dlatego powstrzymanie Rosji jak najdalej od nas jest jak najbardziej w naszym interesie.



