Zamieszki z policją, ranni funkcjonariusze i policyjny koń – to efekt starć, do których doszło przy okazji meczu finałowego Pucharu Polski w Warszawie. Wszystko przez decyzję zakazującą użycia dużych flag i transparentów przez kibiców. Ci nie zaakceptowali zakazu, chcieli wejść na Stadion Narodowy. Ochrona ich nie wspuściła. Doszło do zamieszek. Policjanci użyli gazu, granatów hukowych, siły fizycznej. Rannych zostało dwóch policjamtów i policyjny koń. Funkcjonariusze zatrzymali ponad dwadzieścia osób.
O ile samo użycie siły podczas starć ma uzasadnienie, to ogromne kontrowersje budzi powód zajść. A był nim zakaz wnoszenia na stadion sektorówek. Kibice Lecha Poznań poczuli się oburzeni tym faktem, nie zaakceptowali decyzji. A ochrona obiektu na stadion ich nie wpuściła właśnie z uwagi na flagi. Fani usiłowali siłą wedrzeć się na obiekt, co wywołało starcia z funkcjonariuszami. Policja jednak twierdzi, że nie było jej decyzją zakazywanie sektorówek. I, że to nie policja decyduje, kto wchodzi, a kto nie wchodzi na stadion. Prezydent Rafał Trzaskowski pisał na Twitterze, że zakaz wniesienia sektorówek był decyzją Państwowej Straży Pożarnej. PSP ripostowała, że jedynie pochwaliła decyzję miasta Warszawa o zakazie.
Decyzją oburzony jest prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej, Cezary Kulesza. „Stanowisko Kom. Miejskiej PSP o zakazie wnoszenia większych flag uderza w piękno sportu, jest niezrozumiałe i powoduje więcej szkód niż pożytku. Zmieniono zasady obowiązujące od lat. Jeżeli w przyszłości PSP nie zmieni swojego stanowiska, finał PP nie będzie organizowany w Warszawie” – napisał Kulesza na Twitterze. Finał Pucharu Polski bez części kibiców został rozegrany. Raków Częstochowa pokonał Lecha Poznań 3:1. Zdobył Puchar Polski po raz drugi. W wyniku starć policjantów z kibicami rannych zostało dwóch policjantów, obrażenie poniósł też policyjny koń, który oberwał butelką. Krwawił z kopyta i pyska. Obrażenia policjantów nie wymagały hospitalizacji.



