Polityczny klincz mamy od 2023 roku, gdy po wyborach parlamentarnych najpierw były nieudane próby utworzenia „rządu tymczasowego” na bazie Zjednoczonej Prawicy. Potem długi konflikt – kampanię samorządową, europejską, długą prezydencką. Teraz czekają nas moim zdaniem dwa lata wojny „na wycieńczenie”, która potrwa do wyborów parlamentarnych – mówi Dr Andrzej Anusz, politolog z Instytutu Piłsudskiego.
Będzie wycieńczająca wojna
Zaprzysiężenie prezydenta Karola Nawrockiego już za nami. Po raz kolejny czeka nas czas kohabitacji, czyli władzy prezydenta i premiera z dwóch jednoznacznie przeciwnych obozów politycznych. Ta współpraca przynajmniej w najważniejszych sprawach jakoś się ułoży, czy przeciwnie – czeka nas czas ostrej wojny politycznej?
Dr Andrzej Anusz: Taką współpracę coraz trudniej sobie wyobrazić. Jeśli cofniemy się do czasów Akcji Wyborczej Solidarność i Unii Wolności, prezydentem był Aleksander Kwaśniewski wywodzący się z Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Były oczywiście spory, prezydent zawetował, chociażby ustawę reprywatyzacyjną. W wielu elementach jednak ta współpraca jakoś się układała. Teraz wielkich szans na to nie widać. Polityczny klincz mamy od 2023 roku, gdy po wyborach parlamentarnych najpierw były nieudane próby utworzenia „rządu tymczasowego” na bazie Zjednoczonej Prawicy. Potem długi konflikt – kampanię samorządową, europejską, długą prezydencką. Teraz czekają nas moim zdaniem dwa lata wojny „na wycieńczenie”, która potrwa do wyborów parlamentarnych.
No dobrze, ale ludzie są coraz bardziej zmęczeni. Jak sam Pan wspomniał, żyjemy w permanentnej kampanii wyborczej. Frekwencja ostatnio była spora, ale coraz większe poparcie uzyskują dziś partie spoza duopolu. PO i PiS starają się obsłużyć swoich najradykalniejszych wyborców, czy przez to jednak nie stracą tych pozostałych?
Z jednej strony kampania prezydencka była bardzo długa i wzbudziła spore emocje. Frekwencja była duża, jednak też odnoszę wrażenie, że wielu wyborców myśli na zasadzie „no dobrze, zagłosowaliśmy, wynik jest taki, a nie inny, teraz chcemy spokoju”. Oczekują efektu, problem w tym, że nie zapowiada się żaden efekt. W związku z tym ludzie mają poczucie zmęczenia, z drugiej politycy sprawiają wrażenie coraz bardziej odklejonych od rzeczywistości. Więc główne partie mogą tracić, a frekwencja maleć.
Braun problemem Kaczyńskiego i Mentzena
No właśnie, wśród ludzi młodych duże poparcie mają Konfederacja oraz partia Zandberga. Jest też Grzegorz Braun, który wygłasza skandaliczne opinia a ma poparcie powyżej 5 proc. Nie brak opinii, że to może być ogromne zagrożenie dla Polski, bo słowa o Holokauście wpływają na postrzeganie naszego kraju w oczach sojuszników. A w razie gdy Braun przekroczy 5 proc. może stać się języczkiem u wagi w parlamencie?
Faktycznie skrajne słowa Brauna są złamaniem wszelkich granic, przekroczeniem cienkiej czerwonej linii. To może być wodą na młyn środowisk Polsce nieżyczliwych. Działanie Brauna stanowi poważny problem, a politycznie to największy problem dla Jarosława Kaczyńskiego i Sławomira Mentzena. Lider Konfederacji Korony Polskiej może być tym elementem, który mocno utrudni, lub nawet uniemożliwi drogę do wygranej PiS i Konfederacji. Po pierwsze słowa Brauna dadzą środowiskom liberalnym i lewicowym mocny argument i możliwość patrzenia szerzej, przypisywania tego typu poglądów całej centroprawicy. To będzie kłopotliwe. Jestem sobie też w stanie wyobrazić sytuację, w której Braun dostanie na przykład 4 proc. poparcia. Głosy, które normalnie przypadłyby PiS i Konfederacji przejdą do Brauna, a zysku dla PiS i Konfederacji nie będzie żadnego.
A jeśli przekroczy próg, może się okazać, że bez Brauna nie ma rządowej większości?
Może tak być, dlatego Braun staje się coraz większym bólem głowy dla całej polskiej klasy politycznej, przede wszystkim jednak dla Kaczyńskiego i Mentzena.
PSL z sukcesem, Hołownia niepewny
Rolę języczka u wagi na polskiej scenie politycznej pełniło w przeszłości Polskie Stronnictwo Ludowe. Trochę polityczna wańka-wstańka, formacja od lat skazywana na polityczny niebyt, co wybory w Sejmie się jednak znajduje. Jakiś czas temu była nawet nadzieją na budowę nowej, niezależnej od PiS i Konfederacji centroprawicy. Dziś bardziej jest wyśmiewana jako przystawka w rządzie Tuska. Jak widzi Pan przyszłość ludowców?
Uważam, że PSL w obecne konstelacji rośnie w siłę. W ostatniej rekonstrukcji zyskał najwięcej jako grupowanie, to znaczy dostał nieproporcjonalnie dużo stanowisk, biorąc pod uwagę wielkość ich klubu w Sejmie. Tusk musiał ludowcom dać dużo, bo wie, że choć klub w Sejmie jest niewielki, bez PSL na utrzymanie większości nie ma żadnych szans. PSL może nie mieć dziś wielkiego klubu w Sejmie, ale to od zawsze formacja zwarta. Tusk im zapłacił i myślę, że z tego punktu widzenia oni w tej chwili się czują usatysfakcjonowani. I choć niedawno mówiło się, że ludowcy byli najmniej stabilnym elementem koalicji rządzącej, już tak nie jest. Dziś najmniej stabilnym elementem jest Szymon Hołownia i jego środowisko.




