Media nagłośniły sprawę koordynatora szpitalnego oddziału ratunkowego ze Szpitala Południowego, który zarobił w ciągu roku 1,6 miliona złotych. Jego pensja przekroczyła wynagrodzenia lekarzy, a koordynator łączył pracę z innymi aktywnościami. Gdyby nie był radnym, sprawa nie wyszłaby na jaw. Takie kwestie mogą najbardziej zagrozić rządzącym, których ratuje tylko jedna rzecz. W sprawie zdrowia każda opcja, która rządziła, ma coś za uszami. Dlatego temat raczej szybko przycichnie.
O sprawie radnego z warszawskiego SOR pisały media warszawskie i ogólnopolskie. Przypomnijmy tylko, że pan Dawid Kacprzyk jest radnym dzielnicy Ursus i działaczem Koalicji Obywatelskiej. O tym, że jako koordynator SOR w Szpitalu Południowym zarobił krocie, poinformował sam, w dostępnym publicznie oświadczeniu majątkowym, które samorządowcy muszą składać. Lekarz bez specjalizacji, w dodatku radny, zarobił w 2025 roku 1,6 miliona złotych. Większość lekarzy może o takich zarobkach pomarzyć.
Lokalna, ale w Polsce nagłośniona
Sprawa wywołała burzę. Lokalna (a nawet krajowa) opozycja atakuje, środowiska lekarskie chcą wyjaśnień, a władze miasta nie chcą sprawy komentować. I teoretycznie temat mógłby bardzo mocno wpłynąć na nasze życie publiczne. Gdy przyjrzymy się bowiem polskiej polityce na chłodno, ujrzymy wiele nerwów, emocji, wzajemnych oskarżeń. Sporów czasem wyłącznie ideologicznych, czasem zwyczajnie miałkich. Tymczasem to właśnie temat ochrony zdrowia jest jednym z tych, które mogą zaszkodzić całym środowiskom politycznym także wśród ich własnych wyborców. Ochrona zdrowia i zarządzanie nią jest bowiem sferą życia, która dotyka każdego, niezależnie od statusu, czy poglądów. I dla władz stolicy historia dzielnicowego i mało znanego radnego, zarabiającego przeszło milion w podległym miastu szpitalu, mogłaby być początkiem poważnych kłopotów. Szczególnie że padają (skądinąd zasadne) pytania, jak pan radny łączył tak wiele aktywności. Przypominają się nagłaśniane swego czasu przez życzliwe obecnej władzy media historie na przykład aktorów, pracujących w TVP, ale w pracy niewidywanych prawie w ogóle.
Temat nośny, ale niewygodny
Telewizja, choć to media, jest jednak medialnie mniej nośna, niż sprawa szpitala, który zajmuje się zdrowiem i życiem mieszkańców. A jednak jest jakiś powód, dla którego opozycja w sprawach akurat ochrony zdrowia we władzę, w którą normalnie uderza za wszystko, co się da, działa niemrawo. To znaczy atakuje, krytykuje, ale tak jakoś delikatnie. Być może dlatego, że temat ochrony zdrowia był i jest nabrzmiały od lat. I gdyby mocniej uderzono w radnego z Warszawy, znalazłby się zaraz radny w jakimś samorządzie podlegającym PiS. Byłoby przypomnienie działań poprzedniego rządu. A tak w ogóle historia patologii w ochronie zdrowia sięga początku stulecia i rządów formacji postkomunistycznej. Dlatego, jeśli ktoś faktycznie politycznie będzie chciał wykorzystać sprawę ochrony zdrowia, to tylko siła, która nie rządziła. Problem w tym, że sytuacja w ochronie zdrowia zmierza ku gorszemu. I szans na poprawę niestety nie widać. Dotyczy to nie tylko stolicy.



