W „Nowym Telegrafie Warszawskim” wielokrotnie pisaliśmy, że choć uprawnienia prezydenta są niewielkie, jego wybór jest niezwykle istotny. I właśnie to głosowanie jak żadne inne decyduje o polskiej polityce na lata, a czasem i dekady. Nie wiemy jeszcze,jakie będą skutki ostatniej elekcji, ale warto przypomnieć jak było z poprzednimi.
Historycznie wybór prezydenta zawsze zmieniał kraj. O znaczeniu elekcji głowy państwa świadczy historia Polski po 1989 roku. I tak – pierwsze powszechne wybory prezydenckie z 1990 roku wpłynęły na kształt III RP i transformacji. Pięć lat później wyrównana walka między Lechem Wałęsą i Aleksandrem Kwaśniewskim, zakończona wygraną tego drugiego, wytworzyła polaryzację na postkomunę i postsolidarność. Rok 2000, triumf Kwaśniewskiego w pierwszej turze i sromotna klęska Mariana Krzaklewskiego utorowały postkomunistom drogę do wielkiego triumfu i niemal pełnej władzy. Jednocześnie był to koniec głównych partii tzw. obozu posierpniowego. Na ich gruzach powstały trzy nowe – Platforma Obywatelska, Prawo i Sprawiedliwość, Liga Polskich Rodzin. Wszystkie potem brały udział w rządzeniu. A dwie o polskiej scenie politycznej decydują do dziś. O tym, że mamy w kraju podział na PO i PiS oraz polaryzację znacznie większą niż na przełomie tysiącleci zdecydowały – a jakże! – wybory prezydenckie. W 2005 roku rywalizowali Lech Kaczyński i Donald Tusk (zwyciężył Kaczyński, ówczesny prezydent Warszawy). Kampania zmieniła historię.
Rok 2005, czyli data graniczna
W 2005 roku ostra kampania i umocnienie środowisk kandydatów PO i PiS, wypadnięcie z gry przedstawicieli postkomunistycznej lewicy (Marek Borowski uzyskał dość słaby wynik, a Włodzimierz Cimoszewicz się wycofał) sprawiły, że od dwóch dekad rządzi Polską duopol PO i PiS. A historię III RP wielu ekspertów dzieli na tę sprzed i tę po 2005 roku. Późniejsze elekcje aż tak fundamentalnych zmian nie przyniosły, przynosiły jednak zmiany znaczące. Rok 2010 to wybory specyficzne. Tuż po tragedii smoleńskiej i śmierci prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Funkcję prezydenta jeszcze przed wyborami zaczął pełnić jeden z liderów PO marszałek Sejmu Bronisław Komorowski, który w drugiej turze wyborów pokonał Jarosława Kaczyńskiego. Wynik zapewnił pełnię władzy koalicji PO-PSL. Pięć lat później głosowanie uruchomiło efekt domina. Od wygranej Andrzeja Dudy z Bronisławem Komorowskim rozpoczął się triumfalny marsz Prawa i Sprawiedliwości: Wygrane wybory parlamentarne, samodzielna większość w Sejmie, potem triumf w elekcji do Parlamentu Europejskiego i reelekcja w wyborach parlamentarnych.
Koniec duopolu?
Można być pewnym, że bez wygranej Andrzeja Dudy w 2015 roku tego pasma sukcesów PiS by nie było. A bez zwycięstwa w roku 2020 rządy Zjednoczonej Prawicy, które w końcówce wisiały na włosku, zapewne nie dotrwałyby do roku 2023. Z kolei, gdyby PO nie wykonała ruchu z podmianą kandydata z dołującej w sondażach Małgorzaty Kidawy-Błońskiej na Rafała Trzaskowskiego, być może dziś zamiast PO główną siłą antypisu byłaby lewica, partia Szymona Hołowni bądź Polskie Stronnictwo Ludowe. Obecne wybory były być albo nie być dla PiS – brak drugiej tury kandydata tej partii to niemal pewny rozpad, a na sto procent poważne turbulencje. Wygrana kandydata Koalicji Obywatelskiej to pełnia władzy w rękach obecnego rządu. Wygrana Karola Nawrockiego w dużej mierze dzięki głosom Konfederacji i spór w ramach koalicji po porażce Rafała Trzaskowskiego może decydować o początku końca duopolu i początku czegoś zupełnie nowego. Polityki wielobiegunowej. Jak będzie w istocie, przekonamy się niebawem.
Materiał archiwalny. Przypominamy w ramach specjalnego wydania naszego magazynu, w którym zamieszczamy najważniejsze i najpopularniejsze teksty w Nowym Telegrafie Warszawskim



