Plan zakładający, że wojewoda mazowiecki ładnie przegra z Rafałem Trzaskowskim, a potem partia wystawi go na prezydenta RP jest daleko idący. I mało prawdopodobny. Sama kandydatura Tobiasza Bocheńskiego na prezydenta Warszawy jest zaskoczeniem, bo to osoba z Łodzi. Czas pokaże, czy jest ostateczna – mówi dr Andrzej Anusz, politolog , Instytut Piłsudskiego.
Kandydatem Prawa i Sprawiedliwości na prezydenta Warszawy ze strony PiS-u ma zostać nie poseł Jarosław Krajewski, o którym mówiło się od miesięcy, ale wojewoda mazowiecki, Tobiasz Bocheński. Zaskoczenie?
Dr Andrzej Anusz: Trochę jestem zaskoczony, bo to jest osoba z Łodzi. Rozumiem, że dlatego teraz z PiS wychodzi ta informacja, żeby miał czas „wejść” mocniej w tę lokalną politykę. Oczywiście jako wojewoda mazowiecki jest teraz bardziej związany z Warszawą. Od strony czysto wizerunkowej ta propozycja jest ciekawa. Natomiast do wykonania ma ogromną pracę by przebić się do opinii publicznej.
Nowy wojewoda w ostatnim czasie bardziej niż jego poprzednicy wchodził w mocne polemiki z prezydentem Rafałem Trzaskowskim. Ostatnio w sprawie Skry. Więc to mogło być już jakimś elementem planu lansowania nowego kandydata. Tyle, że jednocześnie spotkania w dzielnicach organizował poseł Jarosław Krajewski i lokalni radni. Teraz nagle zostaje wycofany.
Tak, ale wygląda na to, że poseł Krajewski skoncentruje się na swojej kampanii wyborczej do parlamentu i siłą rzeczy to chyba jest jednak jego priorytet. Zapewne dokonał takiego jasnego dosyć wyboru, że jednak Sejm jest dla niego najważniejszy. Natomiast co do kandydatury wojewody to otwarte jest oczywiście pytanie, czy to będzie ostateczna kandydatura. Do wyborów zostało jeszcze dużo czasu. Natomiast moim zdaniem dalsze promowanie wojewody i sposób jego postępowania pokaże, na ile on i jego partia poważnie podchodzą do wyborów. Natomiast powtórzę, że jestem zaskoczony.
Niektórzy już porównują wojewodę do Andrzeja Dudy z 2015 roku. Nieznany polityk, nieopatrzony szerszemu kręgowi, więc można go wypromować. Jest urzędnikiem średniego szczebla rządowego, ale nie tego najwyższego, więc i działaniami rządu nie można go specjalnie obarczyć. Ale my postawiliśmy niedawno tezę, że może być jeszcze dalej idący plan. Zakładając, że Tobiasz Bocheński przegra po drugiej turze z Rafałem Trzaskowskim, co w Warszawie będzie wielkim sukcesem, może wziąć udział w dogrywce. Czyli w 2025 roku znów zmierzyć się z prezydentem stolicy, ale już w potyczce o duży pałac?
Oj, to bardzo daleko idąca teza. Wiadomo, że w polityce scenariusze piszą się różne. I czasami te najbardziej niespodziewane przynoszą sukces, czego przykładem był wynik Andrzeja Dudy. Jednak obecny prezydent miał jednak więcej atutów. Ludzie znali go trochę bardziej. Był eurodeputowanym, wcześniej posłem. Po drug był bliskim współpracownikiem śp. prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego, ministrem w jego kancelarii. Pytanie, czy wojewoda, który nawet po walce przegra wyścig o urząd prezydenta Warszawy miałby szanse wystartować na prezydenta RP. To raczej mało prawdopodobne. Co innego, gdyby sensacyjnie wygrał wybory w stolicy. Takie scenariusze już mieliśmy. Lech Kaczyński wygrywając wybory na prezydenta Warszawy został faworytem wyborów prezydenckich i je później wygrał. Rafał Trzaskowski już jako prezydent Warszawy wystartował na prezydenta RP i minimalnie przegrał, ale był od wygranej o włos.
Wszyscy dziś mówią o wyborach parlamentarnych. My od dawna twierdzimy, że to elekcja prezydencka była kluczowa. W 1995 roku utrwaliły podział na postkomunę i postsolidarność. Głosowanie z 2005 roku to w ogóle było cezurą dzielącą jakby dwa etapy III RP. Wybory z 2015 roku rozpoczęły de facto rządy PiS. A te z 2020 uratowały KO i przesądziły o kształcie opozycji. Bo jeśli drugie miejsce zająłby Władysław Kosiniak-Kamysz albo Szymon Hołownia, to KO by nie było. Ale Rafał Trzaskowski wystartował, uratował partię, o mało nie wygrał z Andrzejem Dudą. Teraz głosowanie może przesądzić o odwróceniu na dobre trendu na rzecz opozycji. A nawet o końcu PiS – jeśli w drugiej turze z Rafałem Trzaskowskim znajdzie się na przykład ktoś z Konfederacji?
Oczywiście dla PiS scenariusz, w którym kandydat tej partii nie wchodzi do drugiej tury byłby katastrofą. Wydaje się jednak, że elektorat tej formacji jest zmobilizowany i wierny swojemu środowisku politycznemu. Jeśli nie dojdzie do jakiegoś, rozłamu czy mocnego podziału przed wyborami prezydenckimi, PiS jako formacja do tych wyborów dotrwa. Wtedy te 30 proc. mieć będzie. I druga tura PO – ktoś z Konfederacji, czy jakiś nowy kandydat, raczej się nie zdarzy. A więc w drugiej turze znajdzie się najpewniej Rafał Trzaskowski, jeśli wystartuje, a to jest bardzo prawdopodobne. A rywalem będzie kandydat PiS-u.
Jeśli druga tura w ogóle będzie. Przy pełnej mobilizacji antypisu jej kandydat może wygrać bez dogrywki?
Oczywiście, gdyby doszło do sytuacji, w której siły przeciwne PiS-owi jednoczą się i wszystkie popierają np. Trzaskowskiego, drugiej tury nie ma. Ale moim zdaniem do niej dojdzie, że inne formacje polityczne w pierwszej turze wystawią swoich kandydatów. Nie pozwolą sobie na rezygnację z wystawienia kandydatów. Bo mamy przecież lekcję Unii Wolności z 2000 roku. Partia ta nie wystawiła swojego kandydata, tak naprawdę później zniknęła ze sceny politycznej. Nie wyobrażam sobie by jakakolwiek partia o znaczeniu ogólnopolskim zdecydował się na tak samobójczy ruch. Wystawienie kandydata w wyborach prezydenckich to po prostu polityczne ABC. W związku z tym trzeba założyć, że większość formacji antypisu wystawi swojego kandydata. Być może jak co wybory pojawi się kandydat trochę z boku, który kilka czy kilkanaście procent odbierze. W związku z tym najbardziej prawdopodobny scenariusz to druga tura, w której zmierzy się Rafał Trzaskowski lub (mniej prawdopodobne) inny kandydat PO oraz przedstawiciel PiS. Ale do wyborów są jeszcze dwa lata. Wiele może się zmienić.



