Kultowa kwiaciarnia przestaje istnieć. Powody podawane są różne. Jednym są rosnące koszty. W mediach gruchnęła też wieść, że panie prowadzące kwiaciarnię były ofiarą regularnych donosów ze strony,, aktywisty, któremu przeszkadzały dostawy kwiatów. Niezależnie od tego, co ostatecznie zdecydowało o zakończeniu działań kwiaciarni, historia i dyskusja o niej skłania do kilku niewesołych wniosków.
Po pierwsze – dyskusje o słupkach toczyć się będą jeszcze długo. Nie wchodząc w nie – faktem jest, że właściciele sklepików, kwiaciarni, punktów usługowych działali zanim miasto ustawiło bariery i ograniczenia zatrzymywania się w pobliżu ich siedzib. A dostawy do sklepów dotrzeć muszą. Wydaje się,że należy bezwzględnie opracować takie przepisy, które pomogą funkcjonować przedsiębiorcom także w tych miejscach, w których obowiązują ograniczenia zatrzymywania się. Pomysłów jest kilka. Można wprowadzić określone godziny dostaw. Na przykład jest jasny komunikat, że od 6.00 – 7.00 i od 12.00 do 13.00 przyjeżdża do sklepu dostawa. I wszyscy o tym wiedzą, łącznie z pieszymi, którzy mają świadomość, że akurat wtedy samochód może podjechać. Był tez pomysł, aby samochody dostawcze zatrzymywały się dalej, na miejscu parkingowym. A towar, żeby dostawcy dowozili wózkami. Projekt nieco bardziej skomplikowany, ale też do przedyskutowania.
Generalnie – jak rozwiązać problem, jest rzeczą do dyskusji. Ale na pewno coś zrobić trzeba. Druga refleksja jest smutna – po sklepie warzywnym z przeciwka, bazarku na Gocławiu, z mapy dzielnicy znika kolejne, kultowe miejsce. Wreszcie trzeci problem – pospolite donosicielstwo, z którego w ostatnich latach robi się cnotę. I nie – nie pieprzcie tu o sygnalistach i interesie społecznym. Interes społeczny to namierzanie przestępców, pijanych kierowców, czy reagowanie na realne zagrożenia. Uprzykrzanie życia starszym paniom, które przez dekady prowadziły lubianą kwiaciarnię, pozbawianie mieszkańców kolejnych punktów rzemieślniczych, z interesem społecznym nie ma nic wspólnego.



