Przemoc w rodzinach, w której ofiarami padają jednak częściej kobiety. Gwałty, choćby ostatnio w przewozach na aplikację. Nierówność w wynagrodzeniach, gdzie kobiety z tymi samymi kwalifikacjami, na równorzędnych stanowiskach, zarabiają mniej niż mężczyźni. To realne problemy. Tymczasem w Warszawie ideolodzy w imię walki o prawa kobiet idą na bój o żeńskie końcówki. Druga strona sporu podejmuje rękawicę. Czeka nas absurdalna wojna o język, który jest organizmem żywym. Kształtować się powinien sam, nie poprzez odgórne zarządzenia i dekrety.
Magisterka, doktorka, reżyserka, ministerka (ministra), pofesora, premiera. Coś zgrzyta, coś nie pasuje. Jako opis zawodu. Bo słowo magisterka istnieje – opisuje pracę magisterską, reżyserka jak najbardziej – opisuje miejsce, w którym siedzi reżyser. Oczywiście są słowa, gdzie żeńskie końcówki pasują doskonale. Na przykład posłanka, dziennikarka (ale redaktorka już niekoniecznie). Na dziś zdecydowanie lepiej – moim zdaniem – brzmią wyrażenia „pani redaktor” w przypadku kobiety wykonującej zawód dziennikarza, „pan redaktor’’ w przypadku dziennikarza-mężczyzny. Język jest organizmem żywym i może się zdarzyć, że tak, jak dziś nie mówimy waszmość, waćpanna, jejmość, przestaniemy mówić „pan profesor” i „pani profesor”. I jak rzadko dziś mówimy słowa typu „onegdaj” (a jeszcze rzadziej ze zrozumieniem), tak za lat sto słowo premiera przestanie określać pierwszy pokaz sztuki, czy filmu. A znacznie częściej będzie używane dla określenie szefowej rządu. Tak, to jest możliwe. Równie dobrze jednak moda na feminativy może zaniknąć, jak międzywojenne pomysły odrzucania zasad ortografii.
Ideologizacja sporu
Natomiast tym, co uderza, jest ideologizacja tego sporu. Jakiś czas temu warszawski ratusz wprowadził żeńskie końcówki dla opisywania zawodów, urzędów itd. A więc mamy obowiązkowo „dyrektorki”, „urzędniczki”, „prezeski”, itd. Podobną tendencję widać w części mediów. Słowa „dyrektorka”, czy „urzędniczka” bywały używane i wcześniej, zanim nastała moda na siłą narzucane końcówki żeńskie. Słowo „prezeska” brzmi trochę gorzej. A są takie, co brzmią koszmarnie. Problem w tym, że część lewicowo-liberalnych środowisk z żeńskich końcówek robi temat ideologiczny. A odpowiada prawica, z końcówkami żeńskimi walcząc. W efekcie możemy spodziewać się, że w debacie publicznej tematem będzie to, czy mówić dyrektor, czy dyrektorka. Realne problemy zejdą na dalszy plan. Również realne problemy kobiet. A tych jest sporo. Przemoc, nierówność wynagrodzeń, kwestie medyczne itd. Tymczasem one powinny dominować. Język, poradzi sobie sam. W sposób naturalny, nie poprzez zadekretowanie, by mówić tak, czy inaczej.
(Tekst archiwalny)



