W pierwszym tegorocznym „Nowym Telegrafie Warszawskim” piszemy między innymi o tym, że polscy selekcjonerzy w ostatnim półwieczu osiągnęli sukces zazwyczaj tylko wtedy, gdy mieli oni doświadczenie w pracy (asystenta, trenera juniorów, kadry olimpijskiej) z pierwszą reprezentacją. Wyjątkiem jest jedynie Antoni Piechniczek oraz w jakimś stopniu Jerzy Brzęczek. Poza tym – Kazimierz Górski miał doświadczenie z kadrą, Jacek Gmoch był jego asystentem, Ryszard Kulesza tak samo. Po Antonim Piechniczku, który był wyjątkiem, selekcjonerzy przegrywali niezależnie od doświadczenia. Ale poczynając od Jerzego Engela w latach 2000 – 2002 na plus możemy zaliczyć kadencje Engela, Janasa, Beenhakkera, Nawałki. Wszyscy jakieś doświadczenie z kadrą mieli. Na minus Bońka, Smudy, Fornalika – wszyscy bez doświadczenia. No i jeszcze były kadencje niedokończone – Brzęczka (bez doświadczenia), Sousy (z doświadczeniem choć niewielkim) oraz awaryjna Majewskiego (z doświadczeniem, ale jej nie ma co oceniać). To skłania do jednego wniosku. Selekcjoner POWINIEN mieć doświadczenie w pracy dla kadry. Niech będzie to choćby bycie asystentem przez krótki czas (jak Adam Nawałka i Jan Urban u Leo Beenhakkera). Z tego powinny być wyciągnięte kolejne wnioski:
Jeśli selekcjoner zza granicy, musi być to trener z absolutnego topu. REPREZENTACYJNY. Jak polski, musi być to trener mający jakieś doświadczenie w pracy z kadrą. A więc – Nawałka, Michniewicz, Nowak, Skorża, Magiera, Stolarczyk, Urban – jak naj-bardziej tak. Papszun, Probierz, a spośród zagranicznych Pirlo – absolutnie nie!
Druga zasada – jeśli trener zagraniczny (ciekawą opcją byłby Szewczenko) – MUSI mieć polski sztab. I może, by uniknąć błędów, zatrudnić w nim (choćby na 1/4 etatu) najzdolniejszych wybranych przez federację klubowych szkoleniowców.
Zasada trzecia – po pierwszym selekcjonerze, powinien zostawać następcą jego asystent.
Bez systemu nawet chwilowe sukcesy będą właśnie sukcesami wyłącznie chwilowymi.



