Żadne działania dla bezpieczeństwa nie zmienią mentalności tych, którzy świadomie, bądź przez głupotę doprowadzają do tragedii. I tych, którzy na jazdę na prochach, po wódzie i brawurę przyzwalają. Tolerancja dla patologii spada, ale wciąż jej w pełni nie eliminuje.
W debacie o bezpieczeństwie na ulicach dominują emocje, czemu trudno się dziwić. Bo nie można przejść obojętnie wobec sytuacji, w której ginie dziecko, naćpany kierowca spada autobusem z wiaduktu, a ludzie, którzy powinni dbać o zabezpieczenie inwestycji, zaniedbują swoje obowiązki. Wydaje się jednak, że rozwiązaniem nie są ideologiczne kłótnie. Niektórzy o całe zło oskarżają kierujących. Tyle że do groźnych sytuacji dochodzi też z winy rowerzystów, czy kierujących hulajnogami elektrycznymi. Zwężanie wszystkich ulic, bez wzmocnienia transportu zbiorowego, budowy szybkiej kolei naziemnej, metra i tramwajów, jest drogą donikąd. Jednocześnie i w transporcie zbiorowym tragedie (i nieodpowiedzialne działania) miały miejsce. Żadne działania nie zmienią umysłu gościa, który świadomie wsiada za kółko po narkotykach, wódzie, czy „dla zabawy” przekracza dozwoloną prędkość o 100 kilometrów na godzinę. Tolerancja dla szkodliwych zachowań jest coraz mniejsza, jednak wciąż się one zdarzają. Niestety.



