Nowa Konstytucja w naszym kraju by się przydała, a wręcz niezbędna jest zmiana, choć niektórych zapisów. Jednak fakt, że dyskusję nad zmianami inicjuje otoczenie prezydenta związanego z jednym obozem politycznym, a obóz przeciwny żadnej zmiany nie zaakceptuje, sprawia, że na dziś wszelkie rozmowy o nowej ustawie zasadniczej mają charakter wyłącznie politycznej rozgrywki. Służącej obu stronom politycznego sporu. O zmianach ustrojowych można i trzeba rozmawiać, ale poza środowiskami politycznymi.
Żeby było jasne. Sam pomysł powołania rady szerszej niż PiS i Konfederacja może się podobać. W radzie przy prezydencie znaleźli się też ludzie będący na obrzeżach prawicy (profesor Zdzisław Krasnodębski nie znalazł się na listach PiS do Parlamentu Europejskiego, a Marek Jurek od lat jest na uboczu wielkiej polityki). Mało tego jest minister sprawiedliwości z rządu Leszka Millera Barbara Piwnik, konstytucjonalista prof. Ryszard Piotrowski (przeciwnik zmiany konstytucji) i Jacek Majchrowski, były prezydent Krakowa (to najdziwniejsza nominacja). Rzecz w tym, że rada nie będzie w stanie przeforsować realnych zmian. I nie byłaby w stanie, nawet gdyby znalazło się w niej stu przedstawicieli antykomunistycznej opozycji z lat 80. i to zarówno tych bardziej z KO i tych bardziej z PiS. Żyjący Powstańcy Warszawscy, duchowni różnych wyznań, autorytety.
Nawet gdyby w Radzie Konstytucyjnej znalazło się stu przedstawicieli antykomunistycznej opozycji z lat 80. i to zarówno tych bardziej z KO i tych bardziej z PiS, żyjący Powstańcy Warszawscy, duchowni różnych wyznań, autorytety, zmiana Konstytucji dziś jest nierealna
Odbiór jest i tak jasny – wywodzący się z PiS prezydent chce nowej ustawy zasadniczej, a koalicja rządząca jej nie chce. Gdyby role się odwróciły i z inicjatywą zmian wyszedł premier, to środowisko PiS by protestowało. Jest tylko kilka scenariuszy, które musiałyby się ziścić, aby ustawę zasadniczą (bądź niektóre jej zapisy) zmienić.
Pierwszy: ktoś miażdżąco wygrywa
Zmiana Konstytucji realna może być w kilku scenariuszach. Pierwszy – rząd i prezydent są z jednego obozu, a główna partia sama, bądź z sojusznikami mają razem większość konstytucyjną 2/3 posłów. Dziś scenariusz mało realny. PiS bądź KO mogą wybory wygrać. Ba, mogą w szczególnych okolicznościach rządzić samodzielnie (choć to też już mało prawdopodobne). Na większość 2/3 nie mają szans. Prawo i Sprawiedliwość straciło władzę, bo choć zajęło pierwsze miejsce w wyborach, nie miało zdolności koalicyjnej. Taki scenariusz może zagrozić Koalicji Obywatelskiej, jeśli koalicjanci z PSL i Polski 2050 nie przekroczą wyborczego progu. Możliwość uzyskania wspólnej większości przez na przykład PiS i Konfederacje, bądź z drugiej strony przez obecnie rządzącą koalicję, jest równe zeru. Ewentualni koalicjanci zwycięskich partii są zazwyczaj na tyle słabi, że mogą dać sejmową większość, ale o konstytucyjnej mogą zapomnieć. Na dużych partiach mści się strategia marginalizowania, wręcz pożerania przystawek.
Drugi: Wielka koalicja
Sytuacją, w której większość konstytucyjna znalazłaby się bez problemu, jest tak zwana wielka koalicja. Czyli tak, jak w Niemczech SPD z CDU, u nas dogadałyby się PiS i KO. To science fiction. Nawet gdyby doszło do zmiany liderów, musieliby oni uznać, że doraźne porozumienie im się opłaca, zmiana ustawy zasadniczej musiałaby być na rękę obu stronom. Dziś na rękę jest spór wokół Konstytucji, nie jej zmiana. W interesie przedstawicieli koalicji rządzącej jest atakowanie pomysłu i powtarzanie argumentów, że wystarczy przestrzegać obowiązującej ustawy zasadniczej. To jednoczy elektorat, mobilizuje przeciwników PiS.
Ewentualni koalicjanci zwycięskich partii są zazwyczaj na tyle słabi, że mogą dać sejmową większość, ale o konstytucyjnej mogą zapomnieć. Na dużych partiach mści się strategia marginalizowania, wręcz pożerania przystawek
Z kolei z punktu widzenia prezydenta opłaca się debata o Konstytucji bez udziału przedstawicieli koalicji. Za to z kilkoma środowiskami opozycji. Tak, by występować w roli patrona. Nie narodu, ale prawicowego sojuszu, od centroprawicy, przez PiS, po Konfederację. To może pomóc w powstaniu Paktu Senackiego przed wyborami 2027 roku. W razie korzystnego wyniku powstaniu koalicji sejmowej wreszcie reelekcji w roku 2030.
Trzeci: Poważny kryzys
Współpracy główne siły nie chcą, jednak w teorii może dojść do sytuacji, w której zostaną do zawarcia paktu zmuszone. Takiego wariantu nie chcieliby jednak obywatele. Oznaczałby on bowiem poważny kryzys bezpieczeństwa państwa, zagrożenie wewnętrzne bądź zewnętrzne. Na przykład: dochodzi do kryzysu, a siła, o której służby wiedzą, że jest sterowana przez obce służby, zaczyna wykorzystywać niezadowolenie społeczne. I cała klasa polityczna zabezpiecza się, tworząc nową ustawę zasadniczą. Albo realnie zagraża nam atak ze strony sąsiedniego mocarstwa, aby go odeprzeć, konieczne jest bardziej czytelny podział ról między organami państwa. Wreszcie kryzys ekonomiczny, zagrażające bankructwo, w wyniku czego trzeba dokonać decentralizacji państwa, etc. Jest też możliwy kryzys, po którym wyborcy pokazaliby czerwoną kartkę całej klasie politycznej. Nowa siła mogłaby zmienić ustawę zasadniczą. Pytanie, czy byłoby to ugrupowanie propaństwowe i zmieniłoby ustrój w sposób pożądany, czy siła komunistyczna bądź faszystowska, a jej wygrana byłaby wstępem do autorytaryzmu, bądź podporządkowania Polski krajom ościennym.
Czwarty: działania oddolne, zmiany pośrednie
Oczywiście przynajmniej część elementów obecnej Konstytucji wymagałoby zmian. Na pewno podział władzy między prezydentem i premierem. Liczba posłów. Kwestia decentralizacji (nie mylić z federalizacją) państwa. I kluczowe – kształt wymiaru sprawiedliwości. W obecnej ustawie zasadniczej część zapisów jest nieostrych, ułatwiających interpretację bądź naginanie ich. Dlatego warto pochylić się albo nad nową ustawą zasadniczą (wariant maksimum) albo przynajmniej na wskazaniu tych zapisów, które wymagają najszybszych zmian.
Zmiany przynajmniej niektórych zapisów są niezbędne. Ich zwolennicy muszą jednak nastawić się na ciężką pracę i długi marsz, nie liczyć na polityków, niezależnie od opcji, jaką politycy ci reprezentują
Robić to jednak muszą niezależne media, działacze lokalni, organizacje społeczne. Oddolnie, integrować różne, niezależne od władzy, środowiska. Pod ich naciskiem może za jakiś czas sytuacja dojrzeć do zmian. Zwolennicy zmian muszą jednak nastawić się na ciężką pracę i długi marsz, nie liczyć na polityków, niezależnie od opcji, jaką politycy ci reprezentują.







