Donald Trump zajmie Grenlandię, czy może nie, czy wschodnia flanka NATO, w tym Polska zostaną same – to główne pytania w polityce międzynarodowej w ostatnich dniach. A jednocześnie Władimir Putin wciąż prowadzi wojnę na Ukrainie. I hybrydową, także wobec nas, w Europie. Na sytuacji zyskują Chiny. A w Europie prawica zakochała się w Trumpie i Putinie, lewica dawno odleciała na czerwony księżyc i wracać nie zamierza. Wesoło nie jest.
Kilka miesięcy temu, gdy prezydent USA dokonał pierwszej z wielu wolty i zaczął krytykować Władimira Putina, pisaliśmy o „błogosławionej nieobliczalności” prezydenta światowego mocarstwa. Że rosyjski dyktator przez własną pychę być może Trumpa zdenerwował, a co za tym idzie, przywrócił amerykańską politykę na właściwe tory. Niestety – wolt, coraz bardziej dziwacznych w wykonaniu prezydenta Stanów Zjednoczonych, było od tamtego czasu więcej. Obecna administracja w Waszyngtonie zaczyna momentami kwestionować NATO, by potem mówić, że miała na myśli coś innego. Bredzi coś o zajęciu Grenlandii (nie dość, że terenu suwerennego państwa, to jeszcze sojusznika). Putin zaciera ręce, w dodatku kolejne wypowiedzi amerykańskiego przywódcy są coraz bardziej irracjonalne. W efekcie polityk zaczyna tracić we własnej partii (tak na marginesie – jednym z największych krytyków Trumpa nie był żaden wojujący demokrata, ale nieżyjący już senator John McCain, były kandydat Republikanów na prezydenta).
Zmiana u Republikanów?
Na razie nie wiadomo, czy Republikanie będą w stanie odciąć się od prezydenta, a docelowo znaleźć innego kandydata na głowę państwa. Na razie przyszłość USA i – co gorsza – amerykańskiego przywództwa w Europie staje się niepewna. Choć nie brak głosów, że może nie będzie tak źle. Faktem jest jednak, że amerykańska polityka się zmienia, a zmiana w mocarstwie będzie miała daleko idący wpływ na naszą sytuację. Co gorsza – Władimir Putin i Rosja wciąż prowadzą wojnę na wyniszczenie z Ukrainą, a także hybrydową wobec państw europejskich, z Polską na czele. Część europejskiej prawicy jest zachwycona Putinem, bądź Trumpem i jego prorosyjskimi wypowiedziami. Rozsądnych konserwatywnych formacji z lat 80. ani w USA, ani w Europie nie widać. Mamy alt prawicę, z prawdziwym konserwatyzmem niemającą wiele wspólnego. Będzie jednak zyskiwać, bo europejski, najczęściej lewicowy establishment zdaje się całkowicie oderwany od rzeczywistości. Na szybki powrót lewicy z czerwonego księżyca się nie zanosi.
Na krótką metę zyskuje Putin
Na zaistniałej sytuacji na krótką metę zyskuje Putin, którego polityka ma już dziś realny wpływ na Europę. W dłuższej perspektywie czas gra na korzyść Chin. Czy mamy alternatywę? Oczywiście. Warto by było zawiesić przynajmniej na zewnątrz polityczny spór w Polsce. Dogadać się, że strona rządowa gra z Europą, obóz prezydenta z Trumpem. Należy rozwijać własne zdolności obronne (w tym być może popracować nad własnym programem atomowym, na pewno też nad dobrym systemem obrony cywilnej). Można spróbować budować sojusze w ramach już istniejących. Zmiana Unii Europejskiej jest trudna, ale nie niemożliwa. We Wspólnocie sytuacja jest o tyle trudna, że partie wiodące przyjmują rozwiązania niewygodne dla obywateli, a część alt prawicy mówi coraz częściej o polexicie. Tyle że my nie jesteśmy wyspą. Możemy obudzić się w świecie, w którym będą niespętane żadnym sojuszem, rządzone przez antypolskie formację Niemcy. Wystawiona przez Zachód i coraz bardziej zdesperowaną Ukrainę. Wreszcie Rosja, która jaka jest, każdy widzi.
Wyzwania ogromne, mężów stanu nie widać
Oczywiście i w bardzo trudnej sytuacji międzynarodowej można i trzeba kształtować rozsądną, propaństwową politykę. To przede wszystkim własne plany obronne, ale też sojusze mniejsze – blok świadomych zagrożeń moskiewskich państw Europy. Od Norwegii, Szwecji i Finlandię, po Rumunię. Oczywiście pozostaje mieć nadzieję, że Trump blefuje, jednak w jego przypadku nadzieje te są coraz mniejsze. Ewentualnie, że polityka USA i samych Republikanów się zmieni. Bo niestety, w obecnym świecie mężów stanu na miarę Ronalda Reagana i Margaret Thatcher nie widać. Wyzwania są zaś coraz większe, przypominają te z okresu zimnej wojny. Niestety nieobliczalność amerykańskiej polityki, z którą w ubiegłym roku w pewnym momencie mogliśmy wiązać pewne nadzieje, okazała się przeklęta. Czas spokoju, końca historii, którym mamiono nas u progu transformacji i przez całe lata 90. odchodzi w zapomnienie. A na naszych oczach wypełnia się inne, słynne przekleństwo: „obyś żył w ciekawych czasach”. Zaiste, ciekawe są, pytanie, co z tego wyniknie.




