Rewolucje w piłkarskiej reprezentacji Polski mężczyzn zazwyczaj kończyły się źle. Jako jeden z największych plusów kadencji Jana Urbana eksperci i komentatorzy wskazywali właśnie ustalenie hierarchii, stałą kadrę. Jednak często ci sami eksperci nawołują do powołania tego, czy innego nowego piłkarza. Oczywiście jedno, dwa powołania nie rozwalą systemu, ale z wymienianych nazwisk zebrać by można było całą jedenastkę. Jak nie lepiej.
„Piłkarze wyłącznie z polskiej ligi”. „Zmieniamy szyld i gramy dalej”. „Odmładzanie kadry na już” – te hasła kibice reprezentacji Polski znają doskonale. Pal sześć, jak rzucają je w sieci sfrustrowani hejterzy, domagający się rozliczeń po słabszym meczu drużyny narodowej. Gorzej, gdy podobne populizmy głoszą eksperci. Bardzo źle, gdy ktoś na serio chce je realizować. Przypominamy rewolucyjne pomysły, które zazwyczaj kończyły się bardzo źle. Po fatalnym dla Polski mundialu w 2018 roku, gdy w Serie A eksplodowała kariera Krzysztofa Piątka, były głosy, że oto Robert Lewandowski „wreszcie powinien odejść”. Kilka lat poźniej jeden z celebrytów domagał się, by zamiast „Lewego” w kadrze grał Dawid Kownacki. Piątek dla reprezentacji zrobił sporo, ale jako dżoker. Teraz gra w lidze katarskiej. Kownacki od Bundesligi się odbił, dziś gra „w kratkę”. Lewandowski wciąż występuje w Barcelonie.
Ta zmiana rewolucją nie była
To pokazuje, że nagłe zmiany, rewolucje, fajnie wyglądają na papierze. Liczy się jednak dłuższy proces. W polskiej piłce reprezentacyjnej w ostatnim półwieczu udała się bodaj jedna prawdziwa rewolucja. Po aferze lotniskowej w 1980 roku Ryszarda Kuleszę zastąpił Antoni Piechniczek. Trener bez doświadczenia w pracy z kadrą, do tego mający inny styl od poprzednika. Warto pamiętać, że wcześniej selekcjonerami zostawali ludzie związani z reprezentacją. Kazimierz Górski działał przy drużynie narodowej przez lata. Jacek Gmoch był asystentem, podobnie Ryszard Kulesza. Nagle przyszedł ktoś zupełnie z zewnątrz. A jednak – udało się. Piechniczek zdobył medal na Mistrzostwach Świata w Hiszpanii, awansował na mundial w Meksyku. Jednak zmiany trudno nazwać prawdziwą rewolucją. Najważniejsi piłkarze (Grzegorz Lato, Zbigniew Boniek, Władysław Żmuda) zostali. Do tego było bardzo długie zgrupowanie przed mundialem. A więc rewolucja rewolucją do końca nie była. A inne przewroty w polskiej piłce już tak udane nie były.
„Odrzućmy piłkarzy z topowych lig”
Pierwsza to hasło „tylko piłkarze z polskiej ligi”. W drugiej połowie lat 80., gdy złagodzono przepis o wyjeździe za granicę, nasi zawodnicy zaczęli grać w najsilniejszych ligach. A jednak w sportowych mediach pojawiały się populistyczne tezy, że jak piłkarz gra już za granicą, to ma gdzieś Polskę. I drużyna Wojciecha Łazarka padła ofiarą właśnie tego myślenia. Mundial w Meksyku (wyjście z grupy) uznano za porażkę. A więc odszedł nie tylko Piechniczek, ale stopniowo i jego najważniejsi zawodnicy. Młodzi mieli często talent, umiejętności, brakowało kogoś, kto do mocnej kadry by ich wprowadzał. Co więcej, w czasach, gdy sukcesy zaczęła odnosić reprezentacja Danii, oparta niemal całkowicie na tzw. legii cudzoziemskiej, w Polsce powtarzano brednie o wyższości rodzimej ligi. Nie zmieniło się to w pierwszych latach po 1989 roku – Polska z komuny wyszła, ale komuna z kraju za bardzo wyjść nie chciała.
Zbawca, który zbawcą nie był
Wprawdzie selekcjoner Andrzej Strejlau powoływał graczy z zachodnich klubów, w mediach populizm kwitł w najlepsze. I pojawił się populizm nowy, żywy do dziś. Na Igrzyskach Olimpijskich w Barcelonie polscy piłkarze, prowadzeni przez Janusza Wójcika zdobyli srebrny medal. I faktycznie – pokolenie
to było wybitne. Jednak hasło „zmieniamy szyld i gramy dalej”, które początkowo podobno odnosiło się do profesjonalnych warunków, jakie mieli olimpijczycy w odróżnieniu od starszych kolegów, media potraktowały jako chęć całkowitej wymiany reprezentacji. A grali w niej przecież także zawodnicy starsi, w sile wieku, robiący furorę za granicą. Największym problemem było jednak postawienie pewnej opozycji – kadra pierwsza, kontra olimpijska. Kreowanie Janusza Wójcika na zbawcę polskiej piłki. „Wójt” został w końcu selekcjonerem, ale zbawcą już niekoniecznie. Jerzy Engel postawił na ewolucję i się opłaciło. Ułożona hierarchia, jasne cele, awans po latach na Mistrzostwa Świata. Na turnieju klęska, ale po nim – tak, tak – rewolucja.
Odmładzanie na siłę nie daje efektu
Odmłodzenie drużyny nie przyniosło efektu. Kilka lat później, po fatalnych, kompromitujących i upokarzających eliminacjach MŚ 2010 przyszedł czas na kolejną rewolucję. Franciszek Smuda szukał młodych, znalazł, ale też w drużynie zagrało paru farbowanych lisów. A doświadczeni zawodnicy w kadrze by się wtedy przydali. Szczególnie że wielu reprezentantów z czasów Leo Beenhakkera i Pawła Janasa wciąż kopało piłkę, niektórzy na niezłym poziomie. Na polsko-ukraińskim Euro sukcesu nie było. Waldemar Fornalik nieźle zaczął eliminacje do MŚ 2014. A jednak przed meczem z Ukrainą przeprowadził w składzie – dobrze się domyślacie – rewolucję. Wymienił cały środek pola. Biało- Czerwoni fatalnie zaczęli mecz, potem gonili, ale bez skutku. Porażka ustawiła dalsze eliminacje, Biało-Czerwonych na mundialu nie było. Ostatnim przypadkiem rewolucji jest kadencja Michała Probierza. Wcześniej Fernando Santos nie dawał szans (powoływać powoływał, ale tylko na ławkę) debiutantom. Następca Portugalczyka nowych piłkarzy powołał w rekordowej liczbie. Rzecz w tym, że wielu tylko „na raz”.
Porażka pożywką dla populizmu
A jak przeciętnego kibica zapytamy o poprzedniego selekcjonera, to odpowie „afera opaskowa” i właśnie „totalny chaos”. Dziś z jednej strony Jana Urbana chwali się za stabilizację i hierarchię. Z drugiej strony ci sami eksperci nawołują do nowych powołań. I ok., jedno, dwa powołania są chyba konieczne. Problem w tym, że reprezentacja gra baraż, eksperymenty są niepotrzebne, a patrząc na medialne publikacje, to w kadrze powinna się pojawić wręcz cała nowa jedenastka. I jeszcze jedno – Niemcy mają dwunastego selekcjonera w ciągu stu lat, Polska ma czternastego w tym stuleciu. Oczywiście, to populizm – reprezentacja Niemiec odnosi wielkie sukcesy, więc i zmian jest mniej. Jednak w takiej Szwajcarii też szkoleniowców nie było wiele, jest pewna ciągłość. Więc warto wziąć na wstrzymanie. Oskar Pietuszewski pewnie będzie, zapewne wrócą Jakub Moder i Arkadiusz Pyrka. Przede wszystkim jednak należy przejść baraż. Bo porażka może doprowadzić do kolejnych populizmów i następnej, nikomu niepotrzebnej rewolucji.




