Po objęciu władzy rząd Zjednoczonej Prawicy zapowiadał „powstanie z kolan”. I bardziej asertywną politykę na Zachodzie. Utrzymanie dystansu do Rosji, jednocześnie nie uleganie Berlinowi i Brukseli. W Unii Europejskiej głównym sojusznikiem miała być Wielka Brytania. Partia Konserwatywna była zresztą częścią frakcji EKR (Europejscy Konserwatyści i Reformatorzy) w Parlamencie Europejskim. Sojusz nie był złym pomysłem – Wielka Brytania należy wszak do europejskich potęg. Problem w tym, że na skutek referendum Zjednoczone Królestwo UE opuściło. I choć dziś współpraca z Londynem jest cenna, to w ramach NATO bądź bilateralnych stosunków. W Unii nie daje nic.
Drugim pomysłem był zwmocniony deal ze Stanami Zjednoczonymi. Ze wszech miar pożądany i sensowny. Problem w tym, że rządzący całkowicie postawili na jednego konia. Republikańskiego, a nawet nie tyle republikańskiego, co Trumpowego. Po porażce Donalda Trumpa, wpadce z opieszałymi gratulacjami dla Joe Bidena, ustawie lex TVN stosunki ze Stanami Zjednoczonymi uległy mocnemu ochłodzeniu.
Dziś grany jest temat współpracy z Francją. Faktycznie – pewne interesy (atom, sprzeciw wobec niektórych działań Berlina) na linii Warszawa-Paryż są zbieżne. Ale warto pamiętać, że kilka tygodni temu na zaproszenie PiS przebywała w Warszawie znienawidzona przez Macrona i francuski mainstream Marine Le Pen. Zerwanie sojuszu z narodowcami z Francji i obranie europejskiego kursu będzie zapewne (jeśli informacje o dealu są prawdziwe) warunkiem strony francuskiej. Otwarte jest pytanie, czy PiS będzie w stanie warunek ten spełnić.



