Zmotoryzowani fanatycy, wściekli na ograniczanie ruchu samochodowego w stolicy uznający, że łamanie przepisów, gnanie w terenie zabudowanym najlepiej po kilku głębszych to ich prawo, wyrażanie protestu. Rowerowi ekstremiści, mający w głębokim poważaniu wszelkie przepisy, zajeżdżający drogę kierującym i z agresją odnoszący się do innych użytkowników. Wreszcie piesi, uważający, że skoro mają pierwszeństwo są zwolnieni z jakiejkolwiek ostrożności i znajomości przepisów. To oczywiście margines. Ale zauważalny i rozwalający życie w mieście.
Obok polityczno-ideologicznej wojny polsko-polskiej toczy się kto wie, czy nie bardziej zaciekła jatka warszawsko-warszawska. Dotyczy zieleni, betonu, ekologii, ruchu drogowego. Wzajemna nienawiść kierowców, rowerzystów i pieszych przyjmuje nieraz absurdalne i szkodliwe formy. Mamy pełną świadomość, że pisząc w ten sposób narażamy się wszystkim. Piratom za kółkiem – bo uważamy, że w terenie zabudowanym ostrożność jest konieczna. Prędkość powinna być ograniczona. Jazda po alkoholu to wręcz zbrodnia. A prowadząc samochód należy dbać o bezpieczeństwo mniej chronionych. Rowerowym ideologom, bo nie uważamy rowerzystów za święte krowy. Przeciwnie, naszym zdaniem na chodnikach często to oni są zagrożeniem. Powinni znać przepisy, a agresja względem kierowców (bywa, że i pieszych) jest niedopuszczalna. Wreszcie niektórym szurniętym pieszym, gdyż naszym zdaniem fakt, że mają pierwszeństwo bynajmniej nie zwalnia ich ze znajomości przepisów i odpowiedzialności. To znaczy – gdy ktoś mając w dupie własne bezpieczeństwo pakuje się nagle na drogę, przełazi na czerwonym świetle, także stwarza zagrożenie dla bezpieczeństwa.
Krzykliwy margines
Zdajemy sobie sprawę, że większość kierowców, pieszych, rowerzystów to normalni ludzie. Ba, czasem występujący w podwójnej, czy też potrójnej roli. Bo jest wiele osób na co dzień do pracy jeżdżących autem. Rekreacyjnie rowerem. A pieszym jest przecież prawie każdy. Niestety, istnieje niewielki, ale bardzo krzykliwy margines. Mówiący, że piesi są świętymi krowami, mają czuć się na ulicy bezpiecznie, a więc nie dbać o bezpieczeństwo. Żeby było jasne, ludzie poruszający się na piechotę są najbardziej niechronionymi użytkownikami drogi. Tym bardziej krzykacze, wrzeszczący, że nie należy promować odblasków, są – sorry – ale idiotami. Jasne, argumentują, że „policja powinna ścigać piratów, a kodeks drogowy być surowy”. Bardzo prostym językiem można zapytać „co ma piernik do wiatraka?”. Fakt, że przepisy będą surowsze, piraci będą łapani nie sprawia, że piesi mają w ogóle olać zasady. To oczywiste, że uczestnik ruchu z odblaskiem jest widoczny o wiele bardziej, niż ten bez.
Nic nie zwalnia z ostrożności
Piesi nie są świętymi krowami także w mieście. Na czerwonym świetle się nie przechodzi – to podstawowa zasada. Uważać trzeba i na tak znienawidzone przez aktywistów samochody prywatne, i na tak przez nich uwielbiane pojazdy komunikacji miejskiej. Ba, wpadnięcie pod tramwaj, czy elektryczny autobus może mieć jeszcze gorsze skutki z uwagi na masę owych pojazdów. Zasada wpajana od dzieciństwa pokoleniu obecnych 40-latków, aby na przejściu patrzeć w lewo, prawo, iść równym krokiem bez rozpraszania uwagi, obowiązywać powinna niezależnie od tego, jakie są przepisy drogowe. Bo zawsze może się trafić kierowca szaleniec, który w dupie ma zasady i choćby najdotkliwsze kary. Może się trafić także szalony i chamski… tak, tak, rowerzysta. Choć to się niektórym „samochodofobom” nie mieści w głowie, wśród kierujących rowerami zdarzają się delikatnie mówiąc idioci. Ludzie stwarzający zagrożenie dla siebie i innych. Także na chodnikach, o czym przekonał się każdy, kto spacerował choćby al. Waszyngtona.
Tego się trzymać
Problem polega też jednak na tym, że po stronie przeciwników absurdalnego robienia świętych krów z rowerzystów i pieszych, zdarzają się nie mniejsi fanatycy po drugiej stronie. Co to chcą przekonywać, że w zasadzie przepisy drogowe są zbędne. należy je skrajnie łagodzić albo łamać, droga osiedlowa to trasa szybkiego ruchu. A światło czerwone to „późne żółte”, jazda „po kielichu” to nic takiego. Fanatyczne postawy każdej ze stron są skrajnie nieodpowiedzialne, groźne i głupie. I wydaje się, że w gruncie rzeczy, wcale nie powszechne. Ale margines narzuca żenujący poziom dyskusji, widoczny w mediach społecznościowych. Czas wreszcie zacząć dyskusję o takiej organizacji ruchu, która będzie korzystna dla normalnych ludzi, niezależnie od tego czy idą pieszo, jadą rowerem, czy korzystają z samochodu. Patrząc na wściekłość na rozmaitych forach i narastającą agresję, ciężko być optymistą. Ale, niech żywi nie tracą nadziei – pisał poeta. I tego się trzymajmy.



