Podwyżka dla Rafała Trzaskowskiego wywołała niezdrowe emocje. Niezdrowe, bo prezydenta stolicy można lubić, bądź nie. Zgadzać się z nim, albo nie. Ale nie należy życzyć mu biedy. Co więcej, powinien zarabiać ZNACZNIE WIĘCEJ niż my, czyli zwykli zjadacze chleba. Dlaczego? To proste. Prezydent miasta zarządza sporym organizmem. W przypadku Warszawy to budżet porównywalny z budżetami niedużego państwa. Prezydent decydujący o wydatkowaniu tak ogromnej kasy powinien zarobić godnie. Niektórzy mówią, że powinien być wolny od pokus. Ale to nawet nie o to chodzi. Są tacy, co pokusom nie ulegną zarabiając tysiąc, a są tacy, co zarabiając sto będą chcieli na boku mieć więcej. Ale wyobraźcie sobie – zarządzacie miliardami. A zarabiacie trzy tysiące złotych.
Dwanaście tysięcy na rękę – już trochę lepiej. Choć mnie by nie oburzało nawet, gdyby prezydent zarabiał na rękę dwadzieścia. To praca, w której nie ma do końca prywatności. Gdzie każda decyzja jest pod lupą – mediów, opozycji. Fałszywy krok to odpowiedzialność karna. Dlatego ja, gdybym miał do wyboru – praca wygodna na przykład w sekretariacie wypłacalnej firmy, za cztery tysiące miesięcznie, albo funkcja prezydenta za osiem, wybrałbym pierwszą opcję. Ale już za dwadzieścia tysięcy – bym się zastanowił. I może właśnie dlatego nasza klasa polityczna jest tak beznadziejna, że politycy są za mało opłacani? Może należałoby zmienić zasady – zmniejszyć liczbę urzędników w samorządzie, administracji państwowej, ale znacznie podnieść im pensje? Niech zarabiają godnie, ale niech mniej kosztują…
Andrzej Maksymowicz



