Mirek Ciełuszecki nadal mieszka na swojej posesji w Nowoberezowie. Mieszkał tam także wtedy, kiedy zarządzał swoją firmą Farm Agro Planta, której siedziba znajdowała się w Bielsku Podlaskim. Tęsknił za tym, kiedy pracował w USA. Posesja jest zarośnięta sadem jabłkowym i leśnymi drzewami. Poza tutejszymi drzewami, widać też gatunki, które Mirkowi spodobały się w Ameryce – biały dąb amerykański i klon kanadyjski. Posesja często nawiedzana jest przez dzikie zwierzęta, nawet łosie i jelenie. W stawie pływają kaczki. Nawet bocianie gniazdo jest nieopodal domu. W pobliżu, czasem widać stada żubrów.
Wtedy, w roku 2002 wszystko wyglądało podobnie, tylko drzewa były mniejsze. W dodatku Mirek stał się jednym z większych polskich biznesmenów. Odgrywał ogromną rolę zarówno w Polsce jak i w całej Europie Środkowo-Wschodniej. Jak pisałem w poprzednim odcinku, skarbówka trochę dokuczyła Mirkowi w roku 2001ale firmy nie udało się zniszczyć. Jednak układ zamknięty nie dał za wygraną i prawdziwa hiobowa historia Mirka dopiero miała się zacząć. Pewnego ranka w roku 2002, Mirek nie mógł posłuchać śpiewu ptaków, bo na jego posesję wtargnęli funkcjonariusze UOP z Małgorzatą Niebrzydowską na czele. Wkrótce Mirek usłyszał zarzuty, które przedstawił mu prokurator Andrzej Bura. Obok zarzutu fikcyjnego doradztwa Marka Karpia, zarzucono mu też to, że taniej zakupione działki, sprzedał drożej swojej firmie, w celu wyrządzenia jej szkody (ostatecznie oba zarzuty zostały obalone!) Potem dochodziły kolejne zarzuty. Wobec Mirka zastosowano też areszt tymczasowy. I to był początek końca firmy.
Medialny show
Sam fakt aresztu nadszarpnął reputację firmy. Do tego prokurator Andrzej Bura uniemożliwił Mirkowi – prezesowi i jedynemu właścicielowi, jakikolwiek kontakt z pracownikami. Najgorszy, według Mirka, był jednak medialny show, który zrobił prokurator Sławomir Luks, zastępca szefa Prokuratury Okręgowej w Białystoku, który przedstawił dziennikarzom Mirka jako przestępcę, którego przestępstwa nie budzą wątpliwości. Spółka została pozbawiona zaufania na rynku i realnego managera. Większość kontrahentów przestała płacić a banki, przy najmniejszym spóźnieniu w spłatach kredytów, od razu stawiały cały kredyt w stan natychmiastowej wymagalności. Tym razem, prokuratura totalnie zniszczyła spółkę Mirka. Wydaje się, że w prokuraturze, całą sprawą „dowodził” wspomniany Sławomir Luks. On zrobił, jakby z góry zaplanowany show medialny, który był gwoździem do trumny spółki Farm Agro Planta. Jednak formalnie w tej sprawie nie występował. Sprawę dał do prowadzenia dwóm młodym, początkującym prokuratorom. „W terminie” u Luksa, zaczęli oni robić wielkie kariery w prokuraturze.
LUKSusowi „terminatorzy”
Ci „TERMINATORZY” Luksa to bracia Andrzej i Marek Bura. Podpis Andrzeja Bury widnieje także pod przesłuchaniem Marka Karpia. Marek Karp twierdził, że przesłuchiwał go Luks, który przy okazji (tego oczywiście w protokole nie było) szantażował go, by zrezygnował ze stanowiska Dyrektora Ośrodka Studiów Wschodnich. Dyrektor OSW był współoskarżonym ale jego nie aresztowano. Jego Żona, Anna Karp, zeznawała przed sądem, że męża przesłuchiwał Luks. Asesor, prowadzący sprawę, Hubert Półkośnik, przykazał jej wtedy, by „nawet nie wypowiadała tego nazwiska”, bo na protokole podpisany jest Andrzej Bura. Wydaje się, że asesor Hubert Półkośnik (potem sędzia a następnie warszawski adwokat) to jeden z „terminatorów” obok braci Bura. Kasta, jakby celowo, wciąga początkujących prawników, dając im możliwość szybkiej kariery, ale najpierw muszą mocno się umoczyć w ich brudach…jakby zawierając swoiste „braterstwo krwi”. O tych „terminatorach” – braciach Bura i Hubercie Półkośniku będę jeszcze pisał w kolejnych odcinkach.
Klaudiusz Wesołek, Tekst ukazał się też w portalu pressmania.pl i na na Facebooku



