To się nie mieści w głowie. Wróciły przewozowe gangi, z jakimi Warszawa zmagała się 20-30 lat temu. Ludzie udający taksówkarzy kiedyś naciągali warszawiaków i turystów. Teraz uciekających przed wojennym piekłem Ukraińców.
Sprawę jako pierwsza opisała „Gazeta Wyborcza”, temat ten poruszył też Onet.pl. Nasi reporterzy, którzy byli na Dworcu Centralnym potwierdzają, że problem faktycznie istnieje. – W punkcie na Centralnym jest totalny chaos. Zdezorientowani ludzie, przerażeni. Gdzie indziej jest trochę to bardziej uporządkowane. Stąd trudno się dziwić, że propozycja przedostania się gdzieś brzmi kusząco. Niestety, to woda na młyn dla naciągaczy – relacjonuje nasza reporterka.
„Taksóweczki nie trzeba? My podwieziemy!” zaczepiają uchodźców ludzie, podający się za taksówkarzy. Obywatele (częściej obywatelki) Ukrainy, zmęczeni, zdesperowani, po ciężkiej podróży wsiadają. Ale opłata za kurs na krótkim odcinku wynosi kilkaset złotych! Jak to możliwe? Otóż samochody przewozowe nie są taksówkami, w których obowiązują odpowiednie limity. Są „przewozami okazjonalnymi”. Oplata początkowa wynosi 100 złotych – za samo trzaśnięcie drzwiami. A za kilometr to kilkadziesiąt złotych. Działaniem naciągaczy oburzeni są sami taksówkarze.
Warto wspomnieć, że prawdziwa taksówka musi spełniać pewne wymogi, jest odpowiednio oznakowana. Po pierwsze – by być taksówkarzem trzeba mieć licencję. Wymaga ona poniesienia pewnych kosztów, zdania egzaminu ze znajomości miasta itd. po drugie – przejazdy taksówkami są UBEZPIECZONE. Po trzecie – w taksówce obowiązują maksymalne stawki. Za trzaśnięcie drzwiami 8 złotych. Za kilometr w strefie pierwszej w dzień maksymalnie 3 złote. Identyfikator taksówkarza z jego danymi musi wisieć w widocznym miejscu. Podobnie cennik. A sam samochód musi mieć narysowany herb Warszawy. Na kogucie ma napis TAXI. Przewozy okazjonalne napisu nie mają, lub mają jakiś inny, np. TAKI, TAKSI, itd. Nie mają też herbu Warszawy. Wg relacji mediów stołeczni naciągacze mają na autach charakterystyczną szachownicę.



