W jakikolwiek sposób robiąc hagiografię Urbana, czy nawet nie hagiografię, ale niuansując jego postać, niuansuje się cały PRL. Niuansuje się całe lata osiemdziesiąte, cały aparat terroru, Służbę Bezpieczeństwa. I tego nie wolno robić – mówi Przemysław Miśkiewicz, działacz opozycji w okresie PRL, stowarzyszenie Pokolenie.
W mediach pojawiły się informacje, że powstać ma serial o Jerzym Urbanie. I nie będzie to hagiografia, jak w przypadku filmu o Edwardzie Gierku, ale obraz o wieloznacznej postaci, która może była kontrowersyjna, ale inteligentna i bardzo interesująca. Są też opinie młodych autorów, że może i Urban był komunistą, ale tygodnik „NIE” był najodważniejszym i najlepszym pismem po 1989 roku. Tymczasem poza sprawnością językową (choć upstrzoną wulgaryzmami) było to czasopismo byłej esbecji, sierot po PRL. Czy uważa Pan, że mamy do czynienia z wybielaniem postaci takich jak Gierek i Urban, czy też twórcy mają prawo robić filmy, o czym chcą, a takie obrazy nie powinny nas niepokoić?
Przemysław Miśkiewicz: Z perspektywy czasu pewne rzeczy bledną. Dziś Jerzy Urban szczególnie przez młode pokolenie nie jest pamiętany. Dla mnie przerażające było to, że dziesięć lat po stanie wojennym poważni ludzie przekonywali, że był on mniejszym złem. Paradoksalnie dziś jest znacznie mniej wyznawców takiej teorii niż wtedy. I faktycznie Urban trochę z dyskusji publicznej zniknął. O jego postaci wiedzą ludzie po 50. roku życia, może po 45., im młodsi tym ta wiedza jest mniejsza.
Z tygodnikiem Urbana pod pachą, rezerwuar postkomuny
Kolega opowiadał mi, że w latach 90. na blokowisku w mieście, w którym mieszkał, była speluna, do której chodzili bezrobotni, ale też emeryci milicyjni, może i z SB. I oni tam pili piwo, dyskutowali o polityce, prawie każdy pod pachą z tygodnikiem „NIE”, którego czytanie w tym środowisku było wtedy w dobrym tonie. Takich miast było wiele. I ci dawni esbecy mieli spory wpływ na tych bezrobotnych, którzy stawali się naturalnym elektoratem dla postkomunistów. Nie ma więc chyba większego sensu dzielenie biografii Urbana na czas PRL i po nim.
Inaczej. Mówienie czegokolwiek o Urbanie trzeba podzielić na czas sprzed 1980 roku i potem. Ten pierwszy okres to opowieść o dziennikarzu, ten drugi to czas, gdy był rzecznikiem prasowym rządu PRL. Pełnił tę funkcję w stanie wojennym i po nim, był mózgiem tego, co działo się w kwestii propagandy w Polsce. Potem był mózgiem postkomuny, która spadła na cztery łapy.
Można uznać, że Hitler też był ciekawy
Kilka lat temu klub dyskusyjny jednej z warszawskich uczelni zapraszał na „wyjątkowe spotkanie” z redaktorem Jerzym Urbanem. Po głosach oburzenia spotkanie się nie odbyło. Jednak studenci, ludzie bardzo młodzi, uznawali, że redaktor naczelny „Nie” to nie żaden propagandysta stanu wojennego i rzecznik dyktatury, ale po prostu fajny dziadzio, a kontrowersje sprawiają, że to ciekawa postać?
Tyle że Adolf Hitler, Herman Göring, Josef Goebbels i wielu innych, to też ciekawe postacie. A jednocześnie odpowiedzialne za szereg zbrodni. Więc samo to, że taki facet może twórców fascynować, wcale mnie nie dziwi. Jeśli taki film, czy serial powstanie za prywatne pieniądze, trudno. Mogę stwierdzić, że jest mi przykro i nic więcej. Finansowanie czegoś takiego ze środków publicznych, byłoby skandalem.
Nie relatywizujmy PRL
Często pada jednak argument, że dobro jest mało porywające. A film na przykład o Zdzisławie Najmrodzkim (już nieważne, jak oceniamy sam obraz), to film o przestępcy, ale bardzo barwnym, który często uciekał milicji.
Prawda jest taka, że filmy o zwyczajnych ludziach, bywają nudne. Ciekawe obrazy powstają, chociażby o bandytach, którzy napadali na banki. Problem polega jednak na tym, że w jakikolwiek sposób robiąc hagiografię Urbana, czy nawet nie hagiografię, ale niuansując jego postać, niuansuje się cały PRL. Niuansuje się całe lata osiemdziesiąte, cały aparat terroru, Służbę Bezpieczeństwa. I tego nie wolno robić.




