Pomyłką jest zachęcanie kandydatów do armii wysoką emeryturą, czy 40-godzinnym tygodniem pracy. Tak nie wolno, bo to jest służba, nie zakład pracy chronionej. A przyszli żołnierze mają z poświęceniem bronić ojczyzny. Nie można więc budować postaw roszczeniowych, ale etos służby – mówi w drugiej części rozmowy generał Roman Polko, były dowódca jednostki specjalnej GROM.
Polska wydaje duże środki na obronność, kolejni ministrowie chwalą się rozwojem naszej armii. Jednak podczas poprzednich rządów doszło do kilku wstydliwych incydentów, choćby ze znalezioną na naszym terytorium rakietą. Już za obecnego rządu ogromne ilości ładunków wybuchowych jeździły sobie pociągiem po całej Polsce. Czy cokolwiek w armii zmienia się na korzyść, czy też to jedynie propaganda, a w rzeczywistości panuje stagnacja i bałagan?
Gen. Roman Polko: Pamiętam, jak przed laty minister Bogdan Klich zwalniał z armii doświadczonych podoficerów, którzy wracali z misji. I okazywało się, że nie ma dla nich etatu. Pamiętam czystki Antoniego Macierewicza, który zwalniał generałów z ogromnym doświadczeniem, z międzynarodowym uznaniem. Widzimy, że armia sterowana ręcznie przez polityków niekoniecznie znających się na kwestiach wojskowości, generuje szereg problemów. Wystarczy wspomnieć sytuację, gdy rakieta przeleciała na terytorium Polski, spadła pod Bydgoszczą, a jej poszukiwania trwały bardzo długo. Było tak, bo dowódca operacyjny zapomniał, że reakcja jest w jego zakresie obowiązków. Że on nie musi się oglądać na ministra, żeby robić to, co do niego należy. Czyli mówiąc krótko, minister operacyjny powinien szukać do skutku tej rakiety, a ministra powiadomić o tym, że daną czynność po prostu wykona. Takie kneblowanie armii, czy ubezwłasnowolnianie, to są standardy armii Układu Warszawskiego, czy może obecnej armii rosyjskiej. Na pewno nie armii natowskiej, gdzie wymaga się odpowiedzialności, ale i podejmowania trudnych decyzji.
Jednak co rusz słyszymy, że armia się rozwija, że jesteśmy w stanie coraz lepiej obronić się na wypadek ewentualnej agresji zbrojnej. Pan nie dostrzega pozytywów?
To, co jest na pewno dobre, to jest rewolucja technologiczna, która się dokonała w armii. Wraz z tą rewolucją powinna jednak nadążać Polska Grupa Zbrojeniowa. Bo te wszystkie możliwości, które dają duże zakupy, w moim przekonaniu nie są zbyt dobrze wykorzystywane. Przez pewien czas wydawało się, że polskie zakłady zbrojeniowe w dużo większym zakresie inwestują w unowocześnienie technologii. Po to, żeby jeszcze wręcz nawet na tym zarabiać. Kolejnym problemem jest brak fabryk amunicji. Warto też zwrócić uwagę na jedną rzecz, której możemy się uczyć od Ukraińców.
To znaczy?
Kwestia morale. Otóż nie możemy zachęcać ludzi do wojska tak, jakby to był zakład pracy chronionej. Na zasadzie „przyjdźcie do nas, szybciej dostaniecie emeryturę, będziecie mieć 40 godzin pracy tygodniowo”. Tak nie wolno, bo to jest służba. A przyszli żołnierze mają z poświęceniem bronić ojczyzny. Nie można więc budować postaw roszczeniowych, ale etos służby. Kluczowa jest też jednak dyspozycyjność żołnierzy. Jeżeli ktoś wstępuje do armii, musi sobie zdawać sprawę, że to nie jest podporządkowanie lokalne, że musi się liczyć z koniecznością czasem dyslokacji w zupełnie inne rejony. Coś, co miało przez lata miejsce, poprzez udział polskich żołnierzy w misjach na całym świecie na przełomie lat 90. i 2000. To był czas, w którym ja służyłem w armii, uczestnicząc właśnie w misjach poza granicami Polski. Teraz niestety to się zmieniło. Dziś odnoszę wrażenie, że pod tym względem poszliśmy wstecz. Z rozmów z przedstawicielami armii wnioskuję, że wielu kandydatów do służby wojskowej chętnie wstępuje do armii, ale tylko do tych jednostek, które są bliskie miejscu ich zamieszkania. Krótko mówiąc, ktoś mieszkający np. w Katowicach nie chce służyć w Szczecinie i odwrotnie. To należy zmienić.
***
W pierwszej części rozmowy generał Roman Polko mówił o wojnie na Ukrainie. Twierdził, że wprawdzie są pozytywne sygnały, bo Rosji nie udało się podbić całej Ukrainy, ale wsparcie Zachodu dla Kijowa było niewystarczające. Zdaniem generała oznacza to, że będzie ginąć więcej ludzi. „Widać wyraźnie, że w tym roku na pewno pokoju nie będzie. Bo jeżeli cokolwiek uda się osiągnąć, to co najwyżej zamrożenie tej wojny. A zamrożenie może działać wyłącznie na korzyść samej Rosji. Ludzie nie będą wracać do Ukrainy, jeżeli nie będą mieli gwarancji tego, że sytuacja wraca do normalności. Przy zamrożeniu konfliktu takiej gwarancji mieć nie będą” – przekonywał były dowódca jednostki GROM.
Czytaj pierwszą część rozmowy:
Polski generał o wojnie na Ukrainie: W tym roku pokoju na pewno nie będzie (WYWIAD)







