Tak sobie obserwuję naszą politykę po jednej i drugiej stronie sporu, czy też barykady politycznej i flaki mi się przewracają. Poziom jest żenujący i trudno będzie mi zdanie na ten temat zmienić. Dlatego zamiast o polityce, już lepiej o podróżach kulinarnych. A skoro flaki się przewracają, a spór w PiS jest nudny jak flaki z olejem, to pomyślałem sobie, że flaki to temat na dzisiejszy felieton. Bo o ile jako dzieci flaków nie lubimy, to na ogół jako dorośli… Ja w każdym razie uwielbiam.
Przeszukałem internet pod kątem liczby miłośników flaków w Polsce i niestety danych nie ma. Niewątpliwie jest nas kilka milionów, być może ze wskazaniem na lekko ponad dziesięć, ale może to moje myślenie magiczne.
Flaki po warszawsku, przed podróżą flakowym szlakiem
Wszyscy miłośnicy flaków mają swoje przepisy. Jeżeli nie robią sami to wiedzą, gdzie można zjeść najlepsze. Na przykład te po warszawsku, z delikatną zasmażką i pulpecikami. Rewelacyjne, chociaż wielu z nas jedząc, nie wiedziało, że je danie po warszawsku. Pamiętam jeszcze początki lat 90. gdy w niektórych kamienicach w centrum Warszawy zachowały się bary, w których można było dostać, nie tylko w mordę, ale też wyśmienite flaczki. Jeden z nich był na tyłach Wydawnictwa MON, późniejszej Bellony, na ulicy, bodajże Grzybowskiej. Co prawda flaki były bez pulpetów, ale za to zawiesiste i przepyszne. Ja robię flaczki czyste na rosole, bez mąki, ale zazwyczaj na prędze wołowej, którą pokrojoną wrzucam do gotowego dania. Czasami robię też pulpety, ale ponieważ dom mam nieflakowy, to robię rzadko, a jeżeli już, to w małej ilości. To wszakże drobny wstęp, bo chciałbym zabrać Państwa w podróż flakowym, jakby to nieprzyjemnie nie brzmiało, szlakiem.
Czechy i Węgry na dobry początek
Drżkova – co to jest? Ano flaki po czesku, chyba najmniej interesująca dla mnie, narodowa odmiana. Pierwszy raz jadłem w Pradze, pod koniec XX wieku. Pan Frantiszek Zima (wtedy załatwiało się kwatery od stojących na peronie, po przyjeździe pociągu), skierował mnie na jakieś obrzeża miasta. Konfidencjonalnie powiedział, że jak pojadę dwa przystanki tramwajem, to znajdę sklep-garmażerkę, w której będzie drżkova. Po chwili dochodzenia co to jest, dogadaliśmy, że to flaki. Pamiętam, że kosztowały siedem koron i były niezłe. Potem jadałem w wielu miejscach. Dla mnie za dużo mąki. Ogólnie zgagowe, chociaż podczas jedzenia i popijania piwem smakowały przyzwoicie. Nigdy nie jadłem flaków na Węgrzech, chcąc być profi, sprawdziłem w necie, bo w drodze na Bałkany dziwnym byłoby, gdyby w tym kraju nie było flaków. I oczywiście są. Nazywają się pacarporkolt. Obowiązkowo musi być w nich papryka czerwona, świeża i mała zielona – ostra, która w Bułgarii nazywa się luta czuszka.
W Polsce zanikło, w Rumunii jest nadal. Dzięki Bogu
Warzywa się do nich smaży i musi być to pyszne nieprawdopodobnie i jestem naprawdę bardzo niezadowolony z siebie, że nigdy nie zjadłem tego gulaszu flakowego, który na zdjęciu wygląda wyśmienicie. Następnym razem to nadrobię, ale na razie wjeżdżamy do Rumunii. Ucztowanie w tym kraju na ogół zaczynam od mamaliguty, czyli kiedyś popularnej u nas mamałygi. Obecnie mało w Polsce znanej kaszy kukurydzianej podawanej na wiele sposobów. Nie mogę powstrzymać się, żeby nie podać mojej ulubionej wersji, więc przepraszam wszystkich, którzy czekają na kolejną odsłonę flaczkową, ale chwilka cierpliwości. Mamałyga podawana ze słonym, najlepiej owczym serem, zasmażoną słoniną i gęstą śmietaną. Jedzenie pasterzy i biedoty, obecnie w Polsce całkowicie zanikło, ale tutaj jest nadal, i Bogu dzięki. Robię czasami w domu i jest to poezja. Rumunia jest duża i jedzie się długo, po coraz lepszych drogach. Karpaty, widoki, po prostu rewelacja.
Gdzie każdy smakosz chciałby się znaleźć
Po kilku godzinach dojeżdżamy w miejsce, w którym każdy smakosz chciałby się znaleźć. Przełęcz z w górach, a na niej…. tak, tak, kilkanaście knajpeczek z mici, czyli odmianą kebabczeta bułgarskiego, trochę jak nasze mielone, ale inne, bardziej zbite i mocno doprawione. Karkówki z grilla, jagnięcina i wszystko, czego hedonistyczna dusza zapragnie. My jesteśmy na szlaku flaczkowym, więc proszę o ciorba de burta, bo tak się to tutaj nazywa. Tym razem niespodzianka dla tradycjonalistów: z boku na małym spodeczku podana gęsta śmietana i obok czuszka. Śmietanę mieszamy z flakami, czuszką zagryzamy. Trzeba uważać, w miarę jedzenia robi się coraz ostrzejsza. Do tego obowiązkowo palinka podana w wysokim kieliszku. Będąc pasażerem, możemy się zdrzemnąć, nie zapominając kupić na jednym ze straganów bryndzy, słoniny i jakiegoś wyśmienitego trunku. Most na Dunaju, jak się ma szczęście, przejeżdża się od strzału, jak nie, można poczekać nawet dwie godziny, bo remont trwa drugi rok i jest ruch wahadłowy.
Flaki z mlekiem. Przechodzą ciarki, ale w smaku rewelacja
A ponieważ ktoś wpadł na pomysł, żeby to wahadło szło zamiast co 10 minut, to co godzinę, to się też i szczęście waha. Jeżeli przespaliśmy się w Rumunii po ciorbie, to pora niedługo na kolejną, tym razem szkembe ciorba. Tu już jest hardcore. Jak się opowiada, że flaki są zmieszane z mlekiem, to ciarki przechodzą, ale w realu jest to danie rewelacyjne. Do samego dania podaje się czosnek zalany octem winnym i sypaną paprykę w wiórkach, która sprawia wrażenie bardzo ostrej, ale wcale taka ostra nie jest. Jest też inna wersja, szkembe na maśli, czyli flaki smażone, też rewelacyjne, nawet dzieci to jedzą. O kuchni bułgarskiej kiedy indziej, teraz tylko mały wtręcik, gdyby ktoś nie zamierzał kończyć w Bułgarii przygody kulinarnej i chciał pojechać do Turcji, polecić można iskembe corbasi. Potrawa bardzo podobna do bułgarskiej wersji, zresztą rumuńska i bułgarska chyba od tej się wywodzą.
Zupa z móżdżku pod gruzińską granicą, toskańskie flaki we Florencji
Wspomniane flaczki są dla mnie jednak tylko pretekstem do innej zupy, która jadłem tuż pod granicą gruzińską. Średnio umieliśmy się dogadać, chcieliśmy flaki i kelner cały czas pokazywał na swoją głowę, wreszcie okazało się, że typowych flaków nie ma, ale jest beyin corbasi, czyli zupa z móżdżku. Nie będę się rozpisywał, mogę tylko powiedzieć, że jest rewelacyjna. Skoro jednak o flakach to muszę, po prostu muszę, napisać o flakach we Florencji. Zupełnie inna zaskakująca forma flaków po toskańsku, czyli lampredotto. Powiedzieć, że jest to coś niezwykłego, to nic nie powiedzieć. Kanapka z pięknie uduszonym, w przyprawach i pomidorach, dużym kawałkiem żołądka (tym razem ponoć to trawieniec, czyli czwarty żołądek krowy) wołowego. Mięciutkie to nieprawdopodobnie, a smaczne… To tylko mały sygnał, ponoć w Portugalii w okolicach Porto też można zjeść oryginalne flaki. Trzeba to jednak sprawdzić, jeszcze nie byłem.
Przemysław Miśkiewicz






