To, że Legia przegrywa mecz za meczem jest oczywiście frustrujące. I choć nie popieramy i odcinamy się od przemocy i działanie fanów, którzy zaatakowali piłkarzy jest niedopuszczalne, to bojkot działań zarządu i ogólnie protest kibiców jest już uzasadniony. Podobnie jak zrozumiała jest frustracja fanów. Legia w roku 2017, gdy Dariusz Mioduski został jedynym właścicielem była w trakcie jednego z lepszych sezonów. Jesienią grała w Lidze Mistrzów, wiosną w Lidze Europy i zdobyła mistrzostwo. Potem? Tytuły niby się zgadzały, ale w pucharach było w plecy. A poczynając od niezrozumiałego zwolnienia Jacka Magiery kolejne decyzje personalne były co najmniej dziwne. Romeo Jozak, Dean Klafurić, Ricardo Sa Pinto – o tych kadencjach nie chcielibyśmy pamiętać. Tak, na plus częściowo jest Vuković, na pewno na plus (wbrew bajdurzeniom Mioduskiego) jest kadencja Czesława Michniewicza, który awansował po latach do fazy grupowej, zdobył mistrzostwo w świetnym stylu. Kryzys raczej związany jest z niezrozumiałą (delikatnie mówiąc) polityką transferową klubu.
Marek Gołębiewski? Leżącego nie należy kopać. Owszem – nie miał doświadczenia, by brać taki klub, jeszcze w trudnej sytuacji. Ale też nie oszukujmy się – każdy trener dostając taką szansę chciałby spróbować. Błędem największym był brak odpowiednich wzmocnień. A nominując Gołębiewskiego prezes Mioduski zrobił mu krzywdę. A jeszcze większą udzielając wywiadów, które de facto były wotum nieufności wobec szkoleniowca.
Do końca sezonu szkoleniowcem został Aleksandar Vuković. Ma bardzo trudne zadanie. Ale jest jeden plus zaistniałej sytuacji. Być może w klubie nadejdzie otrzeźwienie i zmiana podejścia do strategii klubu. Czego serdecznie Legii życzymy.



