W sprawie naszego rodaka umierającego w Wielkiej Brytanii padło wiele słów, często podyktowanych ogromnymi emocjami, z obu stron padają oskarżenia, inwektywy. Padło też – po obu stronach – trochę argumentów. Po przeanalizowaniu dostępnych (niepełnych) informacji, choć przeciwko „uporczywej terapii” wypowiadało się wiele osób zacnych, ciężo zgodzić się z ich stanowiskiem. W tym wypadku raczej nie mamy do czynienia z przerwanym uporczywym leczeniem, ale faktyczną eutanazją. Wojną między cywilizacją życia i śmierci. I niezależnie od poglądów człowiekowi należało pomóc, starając się ratować jego życie.

W trakcie pisania tekstu dotarła do nas smutna informacja – pan Sławomir nie żyje. Zmarł, po zaprzestaniu podawania pożywienia. W sprawie tyczyła się w Polsce ostra dyskusja. O tyle zastanawiająca, że argumenty o tym, że sprawa jest skomplikowana i próba ratowania jest uporczywą terapią (a uporczywa terapia jest czymś, czego zaprzestanie popiera nawet Kościół katolicki) głosili niektórzy komentatorzy o poglądach raczej konserwatywnych, zaś za ratowaniem tego człowieka wypowiadali się ludzie niewierzący, czy o przekonaniach, których bynajmniej za konserwatywne uznać nie sposób. Ale to didaskalia. Istotne jest to, czy należało tego człowieka ratować (jak twierdzi część rodziny, czy niektórzy lekarze) czy też zaprzestać podawania pokarmu. Żeby było jasne – rozumiem argumenty tych komentatorów, którzy uważają, że uporczywa terapia to zło, zwiększanie niepotrzebnego cierpienia, że należy odrzucić emocje i zaufać lekarzom. Absolutnie nie odmawiam ludziom, którzy tak argumentują dobrej woli. Osobiście jednak wyciągam ZUPEŁNIE inne wnioski. Na wstępie – odrzucam argumenty emocjonalne, takie jak te, że człowiek ten płacze, bądź nie, że na pewno reaguje na bodźce. Może tak być, ale pewności nie mamy, może to być nasze subiektywne odczucie. Tak samo zupełnie nie wnikam w kwestie relacji rodzinnych (część rodziny chce zaprzestania leczenia, część chce pana RS ratować). Tu mamy jednak za mało wiedzy. Kwestią zasadniczą jest to, czy mamy do czynienia z uporczywą terapią, czy nie. Otóż karmienie uporczywą terapią NIE JEST. A więc w tym kontekście skazanie na śmierć głodową raczej należy traktować jako eutanazję. Co więcej – trafia do mnie argument mówiący o tym, by w sprawie chorego człowieka słuchać lekarzy, a nie polityków. Pełna zgoda. Rzecz w tym, że tu lekarze są podzieleni. I owszem, lekarze brytyjscy mówią, żeby terapii zaprzestać. Ale są głosy przeciwne. O tym, że panu RS można pomóc mówili między innymi przedstawiciele kliniki Budzik i prof. Wojciech Maksymowicz, jeden z najwybitniejszych polskich neurochirurgów. I znów, tu smutna sprawa – w dyskusjach w serwisach społecznościowych od razu pojawiły się oskarżenia, że jest „jakimś dziwnym profesorem” (ciekawe, bo ten „dziwny profesor” życie wielu osób uratował), albo mniej radykalne, że może i profesor jest wybitnym ekspertem, ale należy do „sekty PiS” i nie ma co mu ufać. Oskarżenia te rzucają ci sami ludzie, którzy kilka miesięcy temu zachwycali się niezależnością profesora, gdy ten krytykował majowe wybory korespondencyjne. Z czynnej polityki zresztą niedługo potem prof. Maksymowicz się wycofał. Nie ma powodu, by uznawać, że skoro w sprawie czysto politycznej, jak termin wyborów ufać mu można, zaufanie to tracić akurat w kwestii, w której jest wybitnym ekspertem, i się na niej zna. Wracając do tematu – do mnie zdecydowanie bardziej przemawiają głosy tych ekspertów, którzy uważają, że człowiekowi temu można było pomóc. A skoro można, to należało to zrobić.
Przemysław Harczuk



