W tle konfliktu rosyjsko-ukraińskiego toczy się inny spór. O prawosławne dusze pomiędzy niezależnym autokefalicznym Kościołem prawosławnym, a zinfiltrowaną i prowadzoną przez posowieckie służby Cerkwią patriarchatu moskiewskiego.
Życie religijne w Rosji wiele osób w Polsce i na Zachodzie ocenia dość błędnie. Wielu z nas wiedzę na temat religii w Federacji Rosyjskiej sprowadza zazwyczaj do stwierdzenia – to kraj prawosławny. Tymczasem prawosławie to bardzo szeroki nurt chrześcijaństwa. To w Rosji (oczywiście bardzo upraszczając) można porównać bardziej do anglikanizmu, który odłączył się od Kościoła katolickiego. Prawosławie rosyjskie zerwało z Konstantynopolem. Głową rosyjskiej Cerkwi był przez lata car (w anglikanizmie też jest to władca). A po rewolucji październikowej, gdy nastał terror Lenina i potem Stalina, przedstawicieli prawosławia gnębiono. Ale w obliczu zagrożenia podczas II wojny światowej Stalin odtworzył cerkiew, która była niezbędna w kontekście Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Była to Cerkiew całkowicie podporządkowana rosyjskiej władzy. A więc rosyjskie prawosławie nie ma wiele wspólnego z innymi autokefaliami z Konstantynopolem na czele. Ale też nie jest to ta sama wspólnota, która istniała w Rosji w okresie przedrewolucyjnym. To trochę tak, jakby w Wielkiej Brytanii doszło do komunistycznego przewrotu. A rebelianci po dwóch dekadach uznali, że należy odtworzyć Kościół anglikański, ale obsadzić go swoimi. Zresztą w świecie prawosławnym toczy się też rywalizacja o kształt prawosławia w przyszłości.
(Materiał archiwalny)



