W ostatnim czasie mówi się wiele o łamaniu prawa międzynarodowego, nowym ładzie i koncercie mocarstw. Jednak sytuacja, z którą mamy do czynienia, nie narodziła się wczoraj. Była kompromitacja ONZ w Jugosławii, oczarowanie Zachodu kagiebistą, który odbudowywał imperium. I resety z Moskwą amerykańskich prezydentów. Pytanie, co dalej.
Po zakończeniu zimnej wojny i upadku ZSRR nie brakowało teorii, że następuje koniec historii. Że wojen na większą skalę już nie będzie. Prawo międzynarodowe stanie się wykładnią dla wszystkich. A wzajemne powiązania gospodarcze i globalizacja stworzą więzy tak mocne, że nic ich nie przetnie, a i państwa w dotychczasowej formule nie będą potrzebne. Taka doktryna była popularna przez całe lata 90., a i w XXI wieku słabiej, ale jednak była podnoszona. Jednak pierwsze symptomy, że historia wcale o swoim końcu nie wie i ma się dobrze, pojawiły się dużo, dużo wcześniej.
Jugosławia – kompromitacja i pokaz słabości ONZ
Organizacja Narodów Zjednoczonych powstała po II wojnie światowej. W założeniu miała zastąpić nieskuteczną i skompromitowaną w okresie międzywojennym Ligę Narodów. I choć trwała zimna wojna, supermocarstwa prowadziły swoją rozgrywkę, ONZ cieszyła się prestiżem. A siły pokojowe wysyłane w rejony konfliktów zbrojnych odgrywały pozytywną rolę. Po upadku ZSRR niektórzy z radością, inni ze zgrozą wieszczyli powstanie rządu światowego na bazie ONZ. Organizacja jednak totalnie skompromitowała się podczas wojny w Jugosławii. Holenderscy żołnierze przebywający tam na misji, nie byli w stanie zapobiec masakrze w Srebrenicy w lipcu 1995 roku. Jednocześnie Rosja nieśmiało, ale jednak próbowała odbudować swoją pozycję. Na zewnątrz grała zdążający ku demokracji i Zachodowi kraj, jednocześnie jej służby odgrywały ogromną rolę w krajach posowieckich. Budowały strefy wpływów. No i prowadziły wojnę w Czeczenii, która jednak prawa międzynarodowego nie obchodziła. Bo Czeczenia była formalnie częścią Rosji. W 1999 roku nastąpił atak NATO na Jugosławię.
Zachód oczarowany zbrodniarzem z Kremla
Wojna o Kosowo miała swoje uzasadnienie humanitarne, jednak nie miała autoryzacji ONZ, co potwierdziło tylko słabość tej organizacji. W 1999 roku premierem Rosji został Władimir Putin, wtedy dość młody i mało znany były pułkownik FSB. Po wysadzeniu bloków mieszkalnych z własnymi obywatelami Putin przeprowadził zbrodniczą pacyfikację w Czeczenii, zyskał też popularność, która pozwoliła mu na zostanie prezydentem i zastąpienie słabego już wtedy Borysa Jelcyna. Putin miał kolejne „osiągnięcia”. Masakrowanie Czeczenii zakończyło się pełną wasalizacją tej republiki i osadzeniem tam prokremlowskiego bandyty, Kadyrowa jako przywódcy. Były zbrodnie, ale też zawierane ponad głowami państw takich jak Polska układy biznesowe z częścią Zachodu. Skrajnie dla innych państw niekorzystne jak wyjątkowo szkodliwy dla Europy Środkowej Nordstream. Zachód Europy dogadywał się z Putinem, a Stany Zjednoczone prowadziły swoje wojny. Sprawiedliwą w Afganistanie (odpowiedź na zamachy z 11 września 2001 roku) i drugą, znacznie bardziej kontrowersyjną, w Iraku. Tu przynajmniej Amerykanie próbowali uzasadniać działania prawem międzynarodowym, ale ugrzęźli na Bliskim Wschodzie.
Putin otworzył puszkę Pandory
A zaangażowanie w Iraku i w Afganistanie doprowadziło do odpuszczenia tematu Rosji, kolejni prezydenci starali się z Putinem prowadzić politykę resetu. W roku 2008 Rosja dopuściła się ataku na Gruzję. A w roku 2014 przekroczyła cienką czerwoną linię – do reszty depcząc prawo międzynarodowe. Chodzi o zajęcie Krymu. Owszem wcześniej miały miejsce ataki na inne państwa, ingerencje mocarstw, jednak zazwyczaj chodziło o zainstalowanie powolnego sobie rządu. Albo uznawano niepodległość jakiejś części składowej danego państwa, ale chodziło tu o niepodległość kraju, który np. był częścią składową większej części. Np. Słowacja oderwała się od Czech, Słowenia i Chorwacja od Jugosławii (tam zresztą doszło do krwawej wojny). Aneksja Krymu była już otwarciem puszki Pandory. Potem mieliśmy wojnę na Ukrainie. I teraz atak USA na Iran, który także trudno nazwać wojną sprawiedliwą. Bo choć reżim w Teheranie jest krwawy, to skutków, w postaci pozytywnej zmiany Iranu na razie nie przyniesie.
Koncert mocarstw trwa w najlepsze
Jest też sprzeczny z prawem międzynarodowym, jednak patrząc na ostatnie lata, ono było już martwe, zanim ta wojna się zaczęła. Z punktu widzenia Polski istotne jest jednak, żeby zdawać sobie sprawę z powagi sytuacji. Tego, że instytucje międzynarodowe, rachityczne i niedoskonałe, teraz mogą być jeszcze słabsze. Następuje powrót do koncertu mocarstw, gdy my mocarstwem nie jesteśmy. Dlatego politycy powinni wykorzystywać swoje kontakty. Ci liberalni w Unii Europejskiej, ci prawicowi w obozie Trumpa. Jednocześnie należy budować zarówno siłę własnego kraju, jak i współpracę środkowoeuropejską. Rozumianą jako ścisłe współdziałanie na równych zasadach i wspieranie wszelkich ruchów niezależnych od Moskwy. Na polityków liczyć trudno. Zawsze jednak działa nacisk i świadome społeczeństwo. Z tym też nie jest dobrze, ale można chociaż spróbować. I mieć nadzieję, a w zasadzie cień nadziei. Bo mrzonki o końcu historii, świecie bez wojen, globalnej wioski przeminęły. Przyszłe pokolenia uznają je za głupi żart. Jeśli będą jeszcze jakieś pokolenia.



