
Pani posłanka Sylwia Spurek zażądała, by ograniczać promowanie spożywania mięsa, mleka, jaj. Pomysł jak pomysł – lewicowym pięknoduchom się spodobał, konserwatyści i liberałowie go wyśmiali. Ale przy okazji podeszli do niego z przymrużeniem oka. Bo przecież marginalna eurodeputowana. I tak to nie przejdzie – argumentują jedni. Bez szans, ale szlachetne – argumentują inni. Rzecz w tym, że jedni i drudzy nie zdają sobie sprawy z faktu, że wejście w życie postulatów pani Spurek jest bardzo groźne. Będzie krokiem raz – do zamordyzmu. Bo zakazuje reklamy czegoś, co samo w sobie od wieków było legalne. W dodatku uderzy w wolność gospodarczą, swobodę mediów, itd. Oczywiście w każdym, nawet bardzo szalonym stwierdzeniu są ziarna prawdy. Tu prawdą jest, że przemysłowa hodowla zwierząt (obojętnie czy na jajka, czy mleko, czy mięso) jest sama w sobie wypaczeniem idei hodowli. Jest tak naprawdę produkcją zwierząt, fatalnie traktowanych, często cierpiących ból. W dodatku stanowi potężny problem dla lokalnych społeczności, gdzie się odbywa. Ale właśnie – czym innym jest postulat poprawy dobrostanu zwierząt, zastępowania ferm małymi ekologicznymi gospodarstwami, czym innym zakazywanie reklam, czy nakładanie horrendalnych podatków. To droga donikąd, powodująca więcej szkody niż pożytku.



