Gdy w nocy proponowali mu pomoc, on odmówił. Jednak rano sam zadzwonił po strażników miejskich. Powiedział, że zamarza i za chwilę umrze. W szopie, w której przebywał, szron był nie tylko na ścianach, ale też na czapce mężczyzny. Jego życie faktycznie było zagrożone. Ratownicy natychmiast przewieźli go do szpitala.
Do zdarzenia doszło w ostatni wtorek, 3 lutego. Jak relacjonuje straż miejska, około 6.00 rano operator numeru 986 odebrał dramatyczny telefon z Wawra. Zgłaszający – osoba w kryzysie bezdomności – słabnącym głosem przekazał, że jest mu bardzo zimno, źle się czuje i „za chwilę umrze”. Tej samej nocy, około godziny 1.20 strażnicy miejscy próbowali przekonać 40-latka, by opuścił szopę na opuszczonej działce i spędził noc w noclegowni. Odmówił. W ciągu kilkunastu minut strażnicy na sygnale dotarli pod znany im adres. W szopie, w której przebywał 40-letni mężczyzna, był szron na ścianach, także na czapce mężczyzny – relacjonuje straż miejska. Pan Grzegorz siedział skulony, miał lodowate dłonie, był niebieski na twarzy. Jak tłumaczył, nie napalił w kozie, bo bał się wyjść na mróz. Funkcjonariusze okryli mężczyznę, rozpalili ognisko, wezwali pogotowie. Karetka zabrała mężczyznę do szpitala. Jak się okazało, życie 40-latka było zagrożone, a pomoc nadeszła w ostatniej chwili – podsumowuje straż miejska.



