Mecz na Narodowym nie był wielkim widowiskiem, bo być nim nie mógł. Legioniści od 6 minuty grali w dziesiątkę. Wytrzymali jednak napór Rakowa i po rzutach karnych pokonali niemal pewnych mistrzowskiego tytułu zawodników z Częstochowy. Dla Legii to dwudziesty Puchar Polski w historii. Drużyna z Warszawy jest tu niekwestionowanym rekordzistą.
Legia ma pewne wicemistrzostwo Polski i niestety może być pewna, że tytułu nie zdobędzie. Dlatego za najważniejszy mecz w stolicy słusznie uznano spotkanie z Rakowem o Puchar Polski. To wynik tej batalii decydował o tym, jaka będzie ocena całego sezonu. Czy po raz dwudziesty trofeum trafi do Legii. Czy trzeci raz z rzędu do Rakowa. Mecz dostarczył emocji, ale nie był wielkim widowiskiem.
W dziesiątkę od 6 minuty
Jeśli ktoś liczył, że obejrzy spektakl taki, jak miesiąc temu w lidze (3:1 dla Legii) mocno się rozczarował. Decydujący wpływ na przebieg spotkania miała sytuacja z szóstej minuty. Yuri Ribeiro popełnił błąd, wyprzedził go Fran Tudor. Obrońca Legii taktycznie faulował piłkarza Rakowa, wychodzącego na czystą pozycję. Sędzia Piotr Lasyk nie miał wątpliwości. Pokazał czerwony kartonik. Od tego czasu plan taktyczny Legii się zmienił – podopieczni Kosty Runjaicia cofnęli się i starali się rozbijać ataki Rakowa. I częstochowianie bili głową w mur. Świetnie spisywał się Kacper Tobiasz. Po przerwie nawet ataki Rakowa przestały być tak groźne. Podopieczni Marka Papszuna nie dawali sobie rady z obroną legionistów. Kapitalnie znów zagrał Rafał Augustyniak. Po dogrywce wciąż utrzymywał się wynik 0:0. O wszystkim decydował konkurs rzutów karnych. A w nim, w przeciwieństwie do meczu piłkarze wykazywali się stuprocentową skutecznością. Wykorzystali wszystkie jedenastki pierwszej serii – było 5:5.
Próba nerwów, niepotrzebne starcia
Kolejna seria to już prawdziwa wojna nerwów, strzela się do pierwszego pudła. Pewnie swój rzut karny wykorzystał Maik Nawrocki. Uderzenia Mateusza Wdowiaka obronił Kacper Tobiasz. Zawodnicy Legii wpadli w euforię, zdobyli po raz dwudziesty Puchar Polski. Są niekwestionowanym rekordzistą w tym zestawieniu. Po meczu doszło do gorszących scen. Piłkarze Legii schodzili z boiska. Krzyczęli coś do nich niemogący się pogodzić z porażką zawodnicy z Częstochowy. Filip Mladenović niepotrzebnie dał się sprowokować. Uderzył zawodnika Rakowa. Tego nie da się usprawiedliwić, inna sprawa, że częstochowianie po meczu podobno wyzywali legionistów, a nawet… próbowali wbić się do ich szatni.
Sezon wydaje się rozstrzygnięty. Raków, głównie dzięki równej grze przez cały sezon będzie zapewne mistrzem Polski – potrzebuje punktu w czterech ostatnich meczach. Utrata tytułu zahaczałaby o cud. Legia częstochowian nie dogoni, ale może być pewna drugiego miejsca. Puchar Polski jest jednak pięknym zwieńczeniem sezonu, w którym legioniści pozbierali się po fatalnej poprzedniej kampanii. Za rok mierzyć trzeba już wyżej.
Finał Pucharu Polski PGE Stadion Narodowy
Legia Warszawa – Raków Częstochowa 0:0 (0:0, po dogr. Karne 6:5)
konkurs karnych:
1:0 Slisz
1:1 Tudor
2:1 Rosołek
2:2 Svarnas
3:2 Augustyniak
3:3 Piasecki
4:3 Sokołowski
4:4 Nowak
5:4 Wszołek
5:5 Jean Carlos
6:5 Nawrocki
6:5 Tobiasz obronił strzał Wdowiaka
Legia Warszawa: Kacper Tobiasz – Artur Jędrzejczyk, Rafał Augustyniak, Yuri Ribeiro (6’ czerwona kartka za faul taktyczny) – Paweł Wszołek, Bartosz Slisz, Josue (106’ Patryk Sokołowski), Bartosz Kapustka (85’ Jurgen Celhaka), Filip Mladenović (106’ Makana Baku) – Ernest Muci (43’ Maik Nawrocki), Tomas Pekhart (62’ Maciej Rosołek)
Raków Częstochowa: Kacper Trelowski – Stratos Svarnas, Zoran Arsenić, Tomas Petraśek (45’+2’ Patryk Kun, 91’ Wiktor Długosz) – Fran Tudor, Ben Lederman (69’ Bartosz Nowak), Giannis Papanikolaou, Jean Carlos – Władysław Koczerhin, Vladislavs Gutkovskis (69’ Fabian Piasecki), Ivi Lopez (98’ Mateusz Wdowiak)



