Jedynym skutecznym, ale bardzo nieprzyjemnym sposobem walki w z inflacją jest ograniczanie ilości pieniędzy na rynku. Przeciwstawianie się wzrostowi płac, wzrostowi kredytu. Przy całej świadomości jakie to jest nieprzyjemne. W myśl prostej zasady – skoro jest już bardzo poważna choroba, lekarstwo na nią jest bardzo gorzkie. Ale ja ze strony rządu nie widzę żadnych tego typu działań. Przeciwnie, widzę ruchy, które mogą inflację zwiększyć – mówi prof. Witold Orłowski, ekonomista, były doradca ekonomiczny prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego.
Gdy rozmawialiśmy ostatnio mówił Pan, że grozi nam pogorszenie sytuacji, wzrost oczekiwań inflacyjnych, a co za tym idzie dalszy wzrost cen i inflacji. Rząd właśnie wprowadza jednak pewne działania, mające na celu poprawę sytuacji. Czy jest szansa na to, że będą one skuteczne, czy też czarny scenariusz jest możliwy?
Prof. Witold Orłowski: Sprostujmy. Rząd nie realizuje żadnego planu walki z inflacją. To, co jest, to są działania łagodzące skutki inflacji. Ale w gruncie rzeczy mają one charakter proinflacyjny. Ekonomia mówi jasno. Jedynym skutecznym, ale bardzo nieprzyjemnym sposobem walki w z inflacją jest ograniczanie ilości pieniędzy na rynku. Przeciwstawianie się wzrostowi płac, wzrostowi kredytu. Przy całej świadomości jakie to jest nieprzyjemne. W myśl prostej zasady – skoro jest już bardzo poważna choroba, lekarstwo na nią jest bardzo gorzkie. Ale ja ze strony rządu nie widzę żadnych tego typu działań. Przeciwnie, widzę ruchy, które mogą inflację zwiększyć.
Jednak sytuacja kredytobiorców jest bardzo trudna, trudno chyba mieć pretensje o to, że są podejmowane próby poprawienia ich sytuacji?
Absolutnie proszę nie traktować moich słów, jako stwierdzeia, że nie należy podejmować prób łagodzenia skutków inflacji, że nie należy starać się ulżyć np. kredytobiorcom, czy podnieść świadczenia emerytom. Rząd musi pewne rzeczy podejmować, czasem nie ma wyjścia. Ale równolegle z działaniami łagodzącymi skutki inflacji muszą pójść działania tę inflację zmniejszające. Politykę antyinflacyjną prowadzi oczywiście bank centralny. Podejmuje on pewne działania. Mają one na celu zniechęcenie nas do brania kredytów, do oszczędności, zmniejszenia konsumpcji. Stara się zniwelować wydatki inwestycyjne mniejszych firm. I bank centralny stara się to robić. Można dyskutować, czy dobrze, czy wystarczająco. To temat na inną dyskusję. Ale nie faktem jest, że jakieś ruchy są podejmowane. Ale działania rządu, w dużej części, a może i całkowicie pozytywne skutki działań banku centralnego niwelują. One dają ulgę na krótką metę, ale za jakiś czas ten problem pojawi się ze zdwojoną siłą. Stąd ta prognoza o pojawieniu się oczekiwań inflacyjnych jest bardzo realna. Co gorsza, po stronie rządu nie tylko nie widać żadnych działań, ale nie ma nawet deklaracji ich podjęcia.
Czy w takim razie zmierzamy w kierunku całkowitej katastrofy?
Nie, no, nie przesadzajmy z mówieniem o całkowitej katastrofie. To jeszcze nie ten poziom. Ale nie ma cienia wątpliwości, że oczekiwania, że inflacja nam szybko spadnie są całkowicie bezpodstawne. Bo żeby zaczęła spadać muszą być podejmowane konkretne działania. Ale nawet jeśli prowadzi je bank centralny, to działania te są niwelowane przez politykę rządu. Oczywiście trudno jest prognozować z uwagi na sytuację zewnętrzną. Ale polityka krajowa na pewno nie prowadzi do obniżenia inflacji. Więc spodziewać się można albo ugruntowania się na stałe wysokiego wskaźnika inflacji na poziomie dwucyfrowym, albo, kto wie, nawet dalszego wzrostu. Z jednym zastrzeżeniem – ta polityka zawsze może się zmienić i faktycznie spowodować obniżenie wskaźnika inflacji. Na razie jednak na to się nie zanosi.



