Zwolennicy decyzji papieża Franciszka o ograniczeniu mszy trydenckiej twierdzą, że papież musiał to zrobić. Bo są środowiska skrajnych tradycjonalistów, które podążają w kierunku schizmy, całkowicie odrzucając naukę posoborową. Bo wśród nich są i fanatycy, którzy w ogóle nie uznają papieża, podważają prawa nauki, podważają pandemię wirusa, szczepienia, a do tego są prorosyjscy itd. Rzecz w tym, że ludzie, o których mówimy, są także wśród wiernych uczestniczących w mszach wg nowego mszału. Nie brak tam ludzi wierzących w wątpliwe objawienia prywatne, w przepowiednie, masowe uzdrowienia, cuda niewidy, a o ewangelii nie mają pojęcia. Generalnie wszelkie skrajności i schizmy w Kościele były zawsze, ale w okresie wielkiego kryzysu do głosu dochodzą bardziej. Problem w tym, że papież uderzył tylko w tradycjonalistów. W skrajności modernistyczne jakoś nie uderza. To raz. Dwa – niektórzy twierdzą, że ojciec święty „ostatecznie zakończył istnienie środowiska tzw. tradsów”. Uważam inaczej – papież utrudniając udział we mszy świętej trydenckiej uderzył nie w potencjalnych czy faktycznych schizmatyków, ale w wielu wiernych, którzy po prostu kochają starą liturgię, tradycyjne formy religijności. A radykałów, którzy już wcześniej stali jedną nogą poza Kościołem ze Wspólnoty wypchnął. Rzecz w tym, że w dobie kryzysu te radykalne ruchy, nie będące pod żadną kontrolą mogą dla wielu stać się atrakcyjne. I przyciągać do siebie coraz to nowych wyznawców.



