Prawo i Sprawiedliwość, które rozmawia z Kukiz’15 o współpracy programowej, jednocześnie przedstawiając sztandarowy program bez koalicjantów. Porozumienie, które ściga się z PiS na to, kto pierwszy dogada się z Kukizem, rozmawia (podobno) z opozycją i straszy awuesizacją. Solidarna Polska, która chce uchodzić za najbardziej „na prawo” formację Zjednoczonej Prawicy i jawnie krytykuje rząd. Rozsypywanie się Zjednoczonej Prawicy nie jest już tajemnicą nawet dla postronnego odbiorcy polityki. Czy jednak oznacza ono wcześniejsze wybory?

Oficjalnie do wyborów są jeszcze aż dwa lata. Doczekanie do tego okresu byłoby dla formacji tworzących koalicję opłacalne. PiS miałoby czas na przedstawienie swojego sztandarowego programu tzw. „Nowego Ładu”, promowanie się rządu jako tego, który „pokonał pandemię” (a przecież pandemia za kilka miesięcy ma się skończyć), wreszcie może przygotować się do wyborów bez niepewnych koalicjantów. Porozumienie może zyskać – czas na dogadanie się na przykład z PSL i zbudowanie nowej siły pomiędzy PiS-em i KO. Solidarna Polska miałaby czas na wylansowanie siły na prawo od PiS i zbicie kapitału na kolejne wybory. Ale też opozycja miałaby czas na przeformowanie się i pójście na przykład dwoma blokami – bardziej lewicującym i konserwatywnym, czym wzięłaby w kleszcze PiS. Ryzykiem jest także coraz większe zmęczenie rządami Zjednoczonej Prawicy wśród Polaków.
Wcześniejsze wybory to z punktu widzenia wicepremiera Jarosława Kaczyńskiego gra w ruletkę. Z jednej strony – opozycja choć ma więcej wyborców, jest podzielona, a wspólny start jako jednej listy tylko by jej zaszkodził. Poza tym, byłaby szansa na utrzymanie rządów przez kolejne cztery lata. I pozbycie się niewygodnych koalicjantów. Z drugiej jednak strony – zmęczenie rządami PiS jest zauważalne. Przewaga partii rządzącej topnieje, a koalicyjne spory dziś toczone „pod dywanem” byłyby w razie wcześniejszych wyborów sporami kampanijnymi. Jarosław Kaczyński już raz zrobił taki ruch – zagrał vabbanque, w 2007 roku poddał własny koalicyjny rząd. Też plan był prosty – pozbycie się bardzo niewygodnych koalicjantów (Liga Polskich Rodzin, Samoobrona) oraz utrzymanie już samodzielnej władzy. Plan powiódł się tylko częściowo – koalicjanci zniknęli ze sceny politycznej. Ale PiS stracił władzę na osiem lat. Teraz też wynik może być podobny. Gowinowcy sami nie liczą się zupełnie, znaczenie Solidarnej Polski Zbigniewa Ziobry jest prawie żadne. A jednak i PiS może bardzo stracić. Większości w Sejmie może nie zyskać, a zdolność koalicyjną ograniczył do zera. Oczywiście – pytanie, jak poradzi sobie w tym wszystkim opozycja. Jak wyglądać będzie układ sił po wyborach. Jednak jedno nie ulega wątpliwości – czas spokoju, który obecni rządzący krajem mieli przez całą pierwszą kadencję i na początku drugiej minął bezpowrotnie. A polska polityka bierze kolejny ostry wiraż.



